Turcja 2000

Podróże bliskie i dalekie

Turcja, październik 2000

Do Turcji wybraliśmy się ze znajomymi kolegami – Zbyszkiem i Danielem. Ponieważ Justyna nalegała na urlop w Turcji ( jest stosunkowo tanio, sporo do zobaczenia i kraj oferuje wspaniałe warunki do wypoczynku) wykupiliśmy wycieczkę w jednym z tureckich biur podróży na dwa tygodnie (koszt wyniósł 1600 PLN od osoby za opcję HB). Okazało się, że była to jak najbardziej trafna decyzja, ponieważ Turcja ma do zaoferowania, oprócz morza i plaż, mnóstwo zabytków starożytnej Grecji i Rzymu, słynne wapienne tarasy, wspaniałe meczety oraz wyjątkową baśniową krainę Kapadocję. Pobyt mieliśmy wykupiony w mieście Kumkoy na tzw. Riwierze Tureckiej (niedaleko Side). Żeby nie siedzieć na miejscu, co szybko się może znudzić, wynajęliśmy samochód terenowy Suzuki w cenie 60 DEM za dzień (były to czasy przed strefą Euro i powszechnie obowiązującą walutą w użyciu przez turystów w Turcji, oprócz lokalnej Liry, była niemiecka marka DEM. Równowartość 1 Euro z 2012 to około 2 DEM ). Dzięki temu zobaczyliśmy wiele miast i zabytków w tej części kraju. Jedynie do Kapadocji wykupiliśmy trzydniową wycieczkę z HB w cenie 120 DEM od osoby.  Zdecydowaliśmy się na to, ponieważ odległość była znaczna (około 540 kilometrów w jedną stronę) i umęczylibyśmy się sami prowadząc, jak również  ze względu na dość wysoką cenę benzyny.

Side

Naturalnie w pierwszej kolejności, po odebraniu samochodu, pojechaliśmy zobaczyć najbliżej nas położone atrakcje. A te można zobaczyć w małym miasteczku Side położonym na Riwierze Tureckiej pomiędzy dwoma większymi miastami Antalya i Alanya. Oprócz cudownego portu, ślicznych uliczek, mnóstwa sklepików ze złotą biżuterią (w nocy witryny biją blaskiem po oczach), dywanami, kebabami oraz miłego piasku na plaży, Side posiada szereg wspaniale zachowanych ruin starożytnej Grecji. W czasach rzymskich natomiast, miasto było znaczącym ośrodkiem handlu niewolnikami, a także kąpieliskiem możnych Egipcjan. Legenda głosi, że Kleopatra i Marek Antoniusz wybrali to miasto na miejsce swoich spotkań. Nazwa miasta znaczy w starożytnym anatolijskim języku „ granat„. Chodzi oczywiście o drzewo, wydające okrągłe, czerwone i kwaskowe owoce. Bardzo dobry napój na upał (kwaśny niemiłosiernie) tak na marginesie.

W mieście warto zobaczyć: antyczny teatr, jeden z największych w tym rejonie, na 15.000 widzów, agorę, rynek z wciąż jeszcze stojącymi, dobrze zachowanymi kolumnami, muzeum znajdujące się w dawnych łaźniach rzymskich, bazylikę bizantyjską i ulicę, wzdłuż której zachowały się fundamenty bizantyjskich domów z podłogami z mozaiki. Niedaleko portu w Side znajdziecie świątynię Boga Apolla i Ateny. Generalnie w całej Turcji można spotkać ruiny starożytnych miast, często na poboczu szos, nie oznakowane i pozostawione samym sobie, nierzadkim widokiem są np. fragmenty starych akweduktów stojące gdzieś w polu.

Aspendos

Mniej więcej w połowie między Kumkoy, gdzie mieszkaliśmy, a Side, kilkanaście kilometrów od wybrzeża znajduje się pięknie zachowany antyczny amfiteatr w Aspendos. Powstał około 160 roku naszej ery za panowania Marka Aureliusza i jest wspaniale przykładem architektonicznego geniuszu z czasów rzymskich. W Turcji jest wiele rzymskich teatrów, ale ten należy do najwspanialszych, w wielu fragmentach został w pełni zrekonstruowany. Robi naprawdę niesamowite wrażenie! Najbardziej zachwyciła nas akustyka tego teatru, nawet na samej górze słychać było dobrze pojedyncze głosy osób na dole. Starożytni Rzymianie tak dobrze opanowali sztukę budowania teatrów, że nie potrzeba im było mikrofonów i nagłośnienia takiego jak dziś. Teatr w Aspendos warto naprawdę zobaczyć, bo to chyba jedyny teatr, który daje wyobrażenie, jak musiały wyglądać teatry w czasach swojej świetności. Zresztą amfiteatr w Aspendos, służy do dzisiejszych czasów i czasem odbywają się tam nadal specjalne koncerty i uroczystości.

Termessos

Kolejnego dnia wybraliśmy się z nagrzanego słońcem wybrzeża w masyw górski Taurus. Około 30 km. od Antalyi, na wysokości ponad 1000 m. n.p.m. na górze Güllük znajdują się ruiny antycznego miasta Termessos. Pierwsze wzmianki o mieście pojawiają się w 333 roku p.n.e., za czasów Aleksandra Wielkiego, któremu nie udało się zdobyć tej górskiej twierdzy ze względu na fantastyczne warunki obronne. Miasto, czy też raczej dzisiejsze pozostałości po nim, znajdują się wśród gęstych, soczystych lasów piniowych. Współcześnie ruiny stanowią część parku narodowego Güllük-Termessos. Miasto było bardzo rozległe, przejście się po wszystkich najważniejszych miejscach zajmuje bite 4-5 godzin. Całe szczęście ze względu na wysokość i gęste zadrzewienie, jest tu przyjemnie i chłodno. Niestety do naszych czasów nie przetrwały żadne budowle w całości, cały teren to niezliczone fragmenty murów, łuków, kolumn, kamiennych futryn, otworów okiennych. Największe wrażenie zrobił na nas olbrzymi rynek i ulica z kolumnami tzw. sukiennice, mury miasta, front oraz gimnazjum a także piękny amfiteatr z cudownym widokiem na okoliczne wzgórza. Miasto ukryte jest w lesie na szczycie wzniesienia i określane jest, nieprzypadkowo, mianem orlego gniazda. Miasto zostało porzucone przez swoich mieszkańców w wyniku trzęsienia ziemi, które zniszczyło całkowicie akwedukt doprowadzający wodę pitną. Dziś nadal trwają tu prace archeologiczne. 

Alanya

Na jeden dzień wybraliśmy się do Alanyi. Jest to malowniczo położone na skalnym cyplu, nadmorskie miasto letniskowe z przestronnymi plażami i portem. W starożytności znane było jako morska twierdza Korakezion, którą umocnili i rozsławili rezydujący w niej piraci. Ośmiokątna ceglana Czerwona Wieża (Kizil Kula), z czasów osmańskich strzegła wejścia do portu. Dziś znajduje się tam muzeum etnograficzne. W dzielnicy Kale, na cyplu dzielącym miasto w połowie, warto zwiedzić twierdzę, mieszczącą się na samym szczycie wzgórza (3 km w górę od centrum). Z wysokości wzgórza roztacza się wspaniały widok na miasto, port  i góry Taurus.

Alanya zachwyciła nas wspaniałym położeniem oraz czystością plaży i morza. Bulwar nadmorski został stworzony na wzór tego w Miami Beach. W restauracjach trochę drogo, ale koniecznie trzeba skosztować kebaba Aleksandra Wielkiego tzw. Iskender Kebab. Poszliśmy spróbować tego regionalnego dania w jednej z restauracji, po spędzeniu przedpołudnia na intensywnym zwiedzaniu miasta. Oprócz twierdzy warto zobaczyć dom Ataturka (legendarnego prezydenta republiki, twórcę współczesnej Turcji), dla fanów sztuki małe muzeum w zachodniej części półwyspu z wystawą przedmiotów z epoki brązu, greckiej, rzymskiej i ottomańskiej oraz jaskinię Damlataş z pięknymi stalaktytami. Nie polecamy tego miejsca osobom ze słabym sercem, gdyż temperatura tam jest dość wysoka, a wilgotność powietrza dosięga 95%. Popołudnie spędziliśmy na plaży Kleopatry, po zachodniej części twierdzy Kale. Bardzo ładna, piaszczysta plaża miejska ze wspaniałą, czystą wodą i dobrą infrastrukturą, typu leżaki, parasole, prysznice. 

Selge

Nasz wyjazd jednodniowy do Selge zapamiętałem na długo. I nie chodzi o widoki krajoznawcze czy zabytki antyczne. Współczesna Turcja jest dość nowoczesna. Riwiera Turecka ze swoimi hotelami, restauracjami, parkami wodnymi nie różni się cywilizacyjnie od zachodniej Europy. Tymczasem wizyta w Selge przeniosła nas co najmniej 100 lat wstecz. Droga z wybrzeża prowadzi na północ do parku narodowego Köprülü Kanyon. Tu zaczyna się wspinaczka samochodem pod górę wzdłuż rwącej rzeki Köprüçay, na której dostrzec można kajaki i pontony raftingowe. Jadąc asfaltową drogą mija się wspaniałe widoki, trasa prowadzi przez wspaniałe lasy cyprysowe, można tam zobaczyć niesamowite formacje skalne, przypominające południowy-zachód USA, tu swoje miejsca startu mają organizatorzy spływów kajakowych i raftingu. W pewnym miejscu przez rzekę przerzucony jest kamienny, starożytny rzymski most. Jest bardzo wąski, przejechać po nim może jedynie nieduży samochód osobowy. To niesamowite, ale most, zbudowany z ciosanych kamieni bez żadnej zaprawy murarskiej stoi tu od kilkuset lat i pełni dalej znakomicie swoją rolę. To zresztą jedyna droga żeby podążyć dalej w górę do ruin antycznego miasta Selge. Podejrzewam, że wąziutki most stanowi naturalną barierę przed masową turystyką. Tu praktycznie chyba mało kto dociera, my nie spotkaliśmy tego dnia żadnych innych turystów. Droga asfaltowa się skończyła, dalej kilka kilometrów jechaliśmy szutrową, kamienistą górską drogą i dziękowaliśmy w duchu za wybór samochodu z napędem na dwie osie. Dotarliśmy finalnie do ruin Selge, obok których pobudowała się mała, biedna, zabita dechami wioska. Zwiedzanie ruin, pozostałości po amfiteatrze i innych budowlach zeszło gdzieś na drugi plan. Zresztą niewiele przetrwało do dziś, a co lepsze materiały z granitu i marmuru zostały rozebrane przez lokalną ludność i użyta do budowy nowych domostw. Cały teren wygląda jak porzucona kupa gruzów, z których antyczny teatr robi stosunkowo najlepsze wrażenie. O ile wrażenia z oglądania zabytków nas trochę rozczarowały to atmosfera w wiosce nas zdumiała. Czułem się jak odkrywca sprzed wieków, który odnalazł nigdzie nie zaznaczoną na mapie miejscowość z ludem, który uważa się za wymarły. Otoczyli nas mieszkańcy wioski, sprawiający wrażenie jakby widzieli białych ludzi po raz pierwszy, ewentualnie drugi w życiu. Mógłbym się spodziewać takiej reakcji gdzieś w tropikalnych lasach Borneo ale nie 100 kilometrów od Antalyi. To był jakiś inny świat. Kobiety i dzieci szarpały nas za ubranie, dotykały, krzyczały. Wyległa cała wioska, żeby na nas patrzeć i nas dotknąć. To nie było zabawne, to zaczynało się robić nieprzyjemne. Kobiety wyciągały naręcza chust, koralików, pamiątek na sprzedaż. Odmowa ich nie zniechęcała, robiły się coraz bardziej natarczywe. W cywilizowanym języku nie szło się dogadać. Mężczyźni, z kilkudniowym zarostem, spaleni od słońca skupili się w grupce nieopodal i patrzyli na nas tępym i groźnym wzrokiem. Nasz samochód miał odkryty dach, dzieciaki zaczęły wskakiwać do niego, wyciągać rzeczy. Mówienie do nich czy dawane im znaki nie odnosiły żadnego skutku. Po prostu jakaś masakra. Zrobiło się nieciekawie, wskoczyliśmy do auta i wyjechaliśmy z wioski w obłokach kurzu z kobietami goniącymi nas i przyczepionymi do zderzaka dziećmi. Odpuścili po kilkuset metrach. Wow, co za przeżycie….

Pamukkale

Do Pamukkale wybraliśmy się sami wypożyczonym samochodem na jednodniową wycieczkę. Odległość z naszej miejscowości Kumkoy to około 300 km. w jedną stronę. Droga jest dobra, choć monotonna. Miejscowość Pamukkale słynie z widowiskowych wapiennych tarasów i jest jedną z atrakcji, z których Turcja słynie na całym świecie. Pamiętam z opowieści ojca, który miał przyjemność być tu w latach 70-tych, że zawsze z zachwytem opowiadał o możliwości kąpieli w naturalnych wapiennych zbiornikach, wyglądających jak wyżłobionych w śnieżnobiałym śniegu. Nie jest to oczywiście śnieg tylko wapień z mineralnej wody wapiennej wypływającej z kilkunastu gorących źródeł (od 35 stopni i więcej), który osadza się z na skalnych formacjach i tworzy tarasy, baseny, stalaktyty. Widok białego zbocza z oczkami z błękitną, mętną wodą jest obłędnie piękny. Po tych formacjach i tarasach można się poruszać tylko boso, woda w basenikach jest przyjemnie ciepła i prawdopodobnie ma jakieś właściwości zdrowotne, ale trudno mi jest się autorytatywnie wypowiadać. Faktem jest jednak, że miejscowość ze względu na swoje właściwości lecznicze funkcjonowała już w czasach antycznych i Rzymianie zbudowali w okolicy na wzniesieniu sanatorium Hierapolis. Tłumy turystów, którzy przybywają do Pamukkale negatywnie wpływają na to miejsce, najprościej rzecz ujmując, po prostu je zadeptując. Kiedy tu przyjechaliśmy zaledwie kilka z mniejszych tarasów było udostępnionych do kąpieli, czy tez raczej chlupania się, natomiast inne były wyłączone z eksploatacji, czasem stały wysuszone. Jak się dowiedzieliśmy, przez kilkadziesiąt poprzednich lat, tarasy uległy licznym zniszczeniom, obawiano się również o utratę zasobów wapiennej wody. Aby ograniczyć bezpośredni negatywny wpływ, zdecydowano się na drastyczne rozwiązanie i wyburzone stojące niedaleko hotele, na których budowę lekkomyślnie się kiedyś zgodzono. Nie zdziwiłbym się, gdyby za kilka lat zakazano całkowicie wstępu turystom a udostępniono jedynie tarasy i ścieżki widokowe, z których można by podziwiać formację. W przeciwnym razie ten cud natury nie ma szans przetrwać. Gorące źródła i wapienne tarasy w Pamukkale zostały wpisane na listę dziedzictwa narodowego UNESCO, więc jest szansa, że przetrwają.

Na szczycie białej góry znajdziemy jeszcze jedną atrakcję, czyli tzw. basen Kleopatry. Jak wiemy, egipska królowa była ponoć bardzo piękna a urodę zawdzięczała kąpielom. Choć legendy mówią o kąpielach w oślim mleku, Turcy wiedzą swoje i ponoć w tym właśnie akwenie wodnym Kleopatra przed wiekami zanurzała swoje ponętne ciało. Woda w basenie o nieregularnym kształcie otoczonym palmami i ogrodem jest przeźroczysta a pod wodą zatopione są starożytne kolumny. Woda z basenu Kleopatry podobno odmładza. Na pewno zaś mocno drenuje kieszeń turystów. My poszliśmy do Hierapolis, rzymskiego uzdrowiska wzniesionego w bliskim otoczeniu wapiennych tarasów, kwadrans drogi stąd. Ruiny Hierapolis są naprawdę imponujące, można tam zobaczyć teatr grecki i rzymski, łaźnie i święty basen, ulice Frontinusa z kolumnami, agorę, bramę wejściową, bazylikę. W sumie całkiem nieźle zachowane miasto. W niektóre letnie miesiące odbywają się tutaj liczne uroczystości.

Kapadocja

Kapadocja to region historyczny pomiędzy Ankarą a Malatyą, Czarnym Morzem a górami Taurus z centrum w Kayseri. Jest to chyba najczęściej odwiedzany region w Turcji z powodu swojego księżycowego krajobrazu i wspaniałej, bajkowej doliny Göreme. Osobliwościami tego regionu są grzyby skalne, tufowe stożki, w których wykuto domy mieszkalne. Historia Kapadocji zaczyna od erupcji trzech wulkanów. Popioły, które przed 3 mln lat wyrzuciły z siebie tutejsze wulkany skamieniały, przekształcając się w skały tufowe, bardzo miękkie, łatwo poddające się cięciu, kuciu, kształtowaniu, podatne też na wpływ erozji. Z jednej strony wody deszczowe wyrzeźbiły w tufie przeróżne fantastyczne kształty- smukłe stożki, piramidy, wąwozy, z drugiej zaś strony, od tysiącleci wkuwali się w nie ludzie, wykorzystując je najpierw jako kryjówki przed najeźdźcami, potem do celów bardziej praktycznych, mieszkalnych. W czasach Bizancjum liczni wówczas pustelnicy wykuwali w skałach swoje samotnie, z czasem nawet tworzyli zadziwiające kościoły, malując w środku obrazy Chrystusa i świętych, wiele scen biblijnych. Twory natury i człowieka w tufowych skałach są zjawiskiem niepowtarzalnym i pozostawiają naprawdę niezatarte wrażenie. Poza obszarem Turcji nigdzie na świecie nie można spotkać czegoś podobnego. Najciekawsze okazy skalne koncentrują się w takich miastach jak: UrgupNevsehir, dolina GöremeOrtahisarUchisarZelve.

Jak wspominałem do Kapadocji wybraliśmy się na trzydniową wycieczkę autokarem. Nocleg mieliśmy w miasteczku w dolinie Göreme, gdzie można  znaleźć skupisko najwspanialszych okazów natury, bajkowe kominy, często nam przypominające pewną część męskiego ciała, poza tym liczne stożki, klify, wąwozy. Warto zatrzymać się tutaj na kilka dni, zwłaszcza że noclegi i wyżywienie jest tu tanie. Po drodze zwiedziliśmy również Karawanserai – było to miejsce postoju i odpoczynku karawan. W XIII w. te luksusowe motele budowano na szlaku jedwabnym.

W programie wycieczki mieliśmy też wizytę w podziemnym mieście Kaymakli. Pomiędzy VI a X w. powstały na tym obszarze liczne miasta przystosowane do  chronienia się przed najazdami Persów, Arabów i Mongołów. Podziemne miasta miały dobrze zamaskowane wejścia. W Kaymakli istniało nawet osiem kondygnacji połączone ze sobą labiryntem podziemnych uliczek i efektywnych kanałów wentylacyjnych. Było tu wszystko do normalnego funkcjonowania miasta w chwili zagrożenia, spiżarnie, pokoje, kuchnie, studnie, pomieszczenia dla zwierząt. Podczas zwiedzania takiego miasta człowiek czuje się trochę jak kret (mimo oświetlenia) i nie opuszcza go uczucie klaustrofobii (jesteś w końcu pod ziemią i przemieszczasz się bardzo wąskimi korytarzami). Odetchnęliśmy z ulgą, gdy wyszliśmy już na górę tzn. normalny ląd.

Po tej trzydniowej wycieczce wróciliśmy pełni wrażeń ponownie do Side, aby tam wypocząć w basenie i jeszcze złapać trochę jesiennego słońca. Temperatura była w sam raz, około 25 stopni, ale wieczory były już chłodne. Przypomnę, że był to październik, u nas w kraju już chłodno i nieprzyjemnie, w Turcji na riwierze nadal zaś ciepło i słonecznie. Z kronikarskiego obowiązku odnotuję, że piwo przy plaży można było wypić za 2 DEM a na drink „Sex on the beach” należało wysupłać 7 DEM. Biuro podróży oferowało nam również co wieczór w hotelu liczne atrakcje np. występy folklorystyczne, taniec brzucha, dyskoteki a z ciekawostek chałturę ówczesnego celebryty, czyli wieczór z Krzysztofem Daukszewiczem. Wakacje w Turcji to idealne połączenie wypoczynku i zwiedzania.

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o

0