Panama 2011

Podróże bliskie i dalekie

Panama, luty 2011

Opis spisany z bloga, pisanego na żywo podczas wyjazdu.

Byliśmy na północnym krańcu Ameryki na Alasce, byliśmy też na przeciwległym końcu kontynentu w Tierra del Fuego. Nadszedł czas aby zawitać w sam środek Ameryki. Tym razem celem naszej wędrówki będzie Kostaryka. Costa Rica czyli tłumacząc z hiszpańskiego Bogate Wybrzeże uchodzi za kwintesencję obu Ameryk pod względem bogactwa flory i fauny. Postaramy się przynajmniej część walorów tego niewielkiego państwa obejrzeć na własne oczy. W podróż wybieramy się z wypróbowanym składzie, w którym podróżowaliśmy w 2008 roku po Perudos Martines i Justyna. Trudno uwierzyć, że minęło już 2 lata od ostatniego wspólnego wyjazdu, wciąż mam przed oczami widok Machu Picchu skąpanego we wschodzącym słońcu. Będzie okazja posłuchać znów hiszpańskiego, którego nadal ni w ząb nie rozumiem, ale Martinez będzie miał okazję się pochwalić kilkoma wyuczonymi przed laty zdaniami i słówkami 🙂 Do Kostaryki chcemy dostać się przez Panamę, do której wrócimy na 2 dni na koniec naszej wyprawy, żeby rzucić okiem na słynny kanał dzielący oba kontynenty. Początek podróży jutro o 7 rano na lotnisku w Warszawie. Oby zdrowie, szczęście i pogoda nam dopisały. Kolejne wpisy już ze szlaku w miarę możliwości dostępu do internetu…

Panama City

Towarzystwo się pospało, choć dopiero 8 godzina wieczorem miejscowego czasu. Ale organizmy mamy przystosowane jeszcze do czasu warszawskiego, gdzie teraz jest 2 w nocy. Chętnie bym coś wrzucił na bloga, ale z oszczędności tego dziś nie zrobię, bo okazało się, że w hotelu Marriott, w którym najtańszy pokój oficjalnie kosztuje 190 USD za dobę, trzeba jeszcze dodatkowo płacić za internet około 15 USD. Zdzierstwo totalne. Zresztą w tym kraju do wszystkich cen doliczają jeszcze co najmniej dwa lub trzy podatki extra i końcowa cena nie jest już tak atrakcyjna jak ta, która przyciągnęła uwagę. Może z wyjątkiem taksówek. Te w obrębie miasta są tanie, 3-5 USD za kurs, ale już na taryfę z lotniska trzeba wysupłać 30 USD. 11-godzinny przelot z Amsterdamu do Panamy City przebiegł bezproblemowo i w bardzo komfortowych warunkach. Menu co prawda musieli podmienić z rejsem do Denpasar, bo królowały dania indonezyjskie a ciekawostką była informacja w karcie win, że oferują również wina … holenderskie.

Jadąc z lotniska widać jakieś pola, sady, bagna i lasy. I naraz zza tych lasów wyrasta też las…, ale wieżowców. Wrażenie robią strzeliste drapacze chmur wyrastające zza ściany zieleni. Do centrum wjeżdża się wiaduktem pośrodku zatoki, daleko w morzu widać statki stojące na redzie czekające na wpłynięcie do Kanału Panamskiego. Centrum zabudowane jest wieżowcami, ale nie biurowymi tylko mieszkalnymi, pierwszych kilka kondygnacji stanowią parkingi a wyżej to apartamenty. Wzdłuż wąskich uliczek knajpy, sklepiki, butiki. Dużo sieciowych międzynarodowych sklepów, fastfoodów, stacji benzynowych. Ogólnie wygląda to wszystko całkiem przyjemnie i porządnie na pierwszy rzut oka, dość nowocześnie. Pojechaliśmy sobie wieczorem na starówkę, do dzielnicy San Felipe. To taki półwysep w mieście, gdzie pozostała stara zabudowa kolonialna, urocze kamienice kryte czerwoną dachówką z długimi balkonami na całą szerokość fasad. Oczywiście jak w każdym latynoskim amerykańskim państwie znajdziemy w centrum Katedrę z rozległym placem i mniejsze kościółki w sąsiedztwie. Jest tu też imponujący gmach Pałacu Sprawiedliwości, Teatr Narodowy i nadmorski krótki deptak z fantastycznym widokiem na skyline nowoczesnego centrum po drugiej stronie zatoki.

Co się rzuciło nam w oczy to mała ilość turystów ale również tubylczej ludności. Niektóre mijane knajpki świeciły pustkami a słabo oświetlone uliczki wyglądały jak wymarłe. Niestety im dalej od atrakcji turystycznych w centrum starego miasta, stare budowle zaczęły przypominać swoim wyglądem ruiny, zupełnie jak na starówce w Hawanie. Na przywitanie z Panamą wypiliśmy po lokalnym piwie Atlas, ale smakowało jak siki i będziemy próbować również inne marki, żeby odnaleźć lepszy smak Panamy. Przysmaków lokalnej kuchni jeszcze nie próbowaliśmy bo KLM nakarmił nas tak dobrze, że nie chce się nam jeść. Jest ciepło, ale bez przesady, kiedy wylądowaliśmy około 5-tej po południu było 30 stopni ciepła ale nie było tego czuć aż tak bardzo jak np. zazwyczaj w Azji. Wieczorem temperatura może spadła o kilka stopni, ale myślę, że bliskości morza a w zasadzie bliskości dwóch oceanów, Pacyfiku i Atlantyku sprawia, że nie czuć upałów i pogoda jest jak dotąd komfortowa. Jutro znów zrywamy się wcześnie rano, bo o ósmej lecimy do San Jose. Może będą mieli tańszy internet?

Powrót do Panamy

Tydzień później. Opuściliśmy nad ranem San Jose. Odbyło się bez żadnych problemów, jako że dziś jest niedziela, ominęły nas korki na drogach w drodze na lotnisko. Zdaliśmy samochód w wypożyczalni i po komfortowym godzinnym locie byliśmy znowu w Panama City. Po zakwaterowaniu w hotelu, nazwy którego nie wspomnę, bo naprawdę nie warto, pojechaliśmy ponownie na stare miasto do dzielnicy San Felipe. Tydzień wcześniej zwiedzaliśmy je nocą a teraz mieliśmy okazję podziwiać je w pełnym słońcu. A warto się tu poszwędać po wąskich uliczkach i placach. Widoki przypominają trochę Hawanę, stare ruiny, fasady budynków, wiele zniszczonych kompletnie kamienic, ale wśród nich całkiem sporo prawdziwych perełek, odrestaurowanych ze smakiem i polotem pięknych budynków kolonialnych, dużo restauracji, klubów, sklepików. Nad brzegiem morza biegnie piękna promenada, częściowo osłonięta pergolą z kwiatami a później biegnie szczytem murów obronnych. Zdjęcia przez nas robione oddają tylko te piękne fragmenty starego miasta, niestety jak się odejdzie dwie, trzy przecznice dalej od plaza Cathedral zaczynają dominować obskurne, zniszczone kwartały miasta. Jeździliśmy taksówkami przez różne dzielnice Panama City. W niektórych sami taksówkarze zamykali drzwi i kazali podnosić szyby. Widoki betonowych odrapanych bloków i chaotycznych podwórek przed nimi oraz stojących w grupkach wyrostków w podkoszulkach, mógł powodować pewne obawy. Również policja spotkana na starym mieście ostrzegała przed wychodzeniem poza kwartał starego miasta i pilnowanie aparatów fotograficznych i toreb.

Dominującym i charakterystycznym elementem Panama City są jednak wieżowce. Można podziwiać przepiękny skyline miasta właśnie z San Felipe a jeszcze lepiej z wyspy Flamenco, do której prowadzi wąski przesmyk, Ave Amodar. Na tym wąskim pasku ziemi o długości kilku kilometrów, obsadzonym palmami, wiedzie droga z jednym pasem w każdą stronę, oraz ścieżka rowerowa i to wszystko. Natomiast na wyspie jest miejsce na parking, kilka restauracji i marine z jachtami. W knajpie polecanej z uwagi na najlepszy seafood w Panamie zjedliśmy dinner i podziwialiśmy zachód słońca nad stolicą Panamy. W Panamie nie jest już tak drogo jak w sąsiedniej Kostaryce, taksówki i jedzenie w knajpie są w przystępnych, lub wręcz atrakcyjnych dla nas cenach. Wydawało się, że całe życie towarzyskie w niedzielny wieczór koncentruje się właśnie na wyspie Flamenco. Knajpy były pełne, tak, że ustawiały się do nich kolejki chętnych, na ścieżce rowerowej było gęsto od ludzi na rolkach i rowerach. Zauważyliśmy, że w Panamie istnieje moda na rasowe psy. Wiele osób przechadza się z zupełnie jak na ten kontynent egzotycznymi psami typu terriery szkockie, wyżły, dogi, beagle i co zgroza w tych warunkach klimatycznych psami huskie. Dziś ostatni nocleg, jutro ruszamy z samego rana na wycieczkę wzdłuż Kanału Panamskiego aż do miasta Colon na wybrzeżu karaibskim i zwiedzamy kilka towarzyszących miejsc po drodze a wieczorem mamy rejs powrotny do Europy.

Kanał panamski

Nadszedł ostatni dzień naszej podróży, którego nie zamierzaliśmy spędzać bezczynnie. Ostatecznie do Panamy przyjeżdża się po to, żeby zobaczyć przede wszystkim kanał panamski. Jak powszechnie wiadomo łączy on Pacyfik z morzem Karaibskim. Postanowiliśmy mu się przyjrzeć z obu końców. Poprzedniego dnia jechaliśmy taksówką na stare miasto i dogadaliśmy się z kierowcą, że w dniu dzisiejszym wynajmiemy go na cały dzień. Jak często bywa podczas podróży po świecie, język rozwiązuje i serce otwiera postać dwóch wielkich Polaków Jana Pawła II i Lecha Wałęsy. W tym przypadku to papież stanowił obiekt zachwytu naszego taksówkarza, dziwnym trafem gdziekolwiek jechaliśmy, trasa zawsze przebiegała aleją imienia Jana Pawla II w Panamie i mijaliśmy też jego pomnik przy krajowym lotnisku. Byliśmy drugimi Polakami, z którymi nasz kierowca miał coś wspólnego, pierwszym był rzecz jasna Papież Pielgrzym, który przed laty odprawiał msze na panamskim lotnisku.

O siódmej rano, pół godziny przed czasem, nasza taksówka już czekała pod obskurnym hotelem, w którym dane nam było nocować. W pierwszej kolejności pojechaliśmy autostradą w stronę Colon, na karaibskim wybrzeżu – miasta owianego bardzo złą sławą ze względu na przestępczość, biedę i bezrobocie. To portowe miasto stanowi wejście do kanału od strony karaibskiej. Dzieli je od Panama City 85 km. dobrą betonową autostradą, wybudowaną przypuszczalnie przez Amerykanów, w czasach kiedy do nich faktycznie należał sam kanał jak i pas szerokości 10 mil ciągnący się wzdłuż kanału. Dopiero w 1999 roku kanał, jak i sąsiadujące tereny wraz z całą infrastrukturą, w tym osiedlami mieszkaniowymi przeszedł w ręce Panamczyków. Naszym pierwszym przystankiem był Gatun Locks – zespół śluz, w które wpływa statek i gdzie dostosowywany jest poziom wysokości wody. Byliśmy tam o 9 rano i mogliśmy obserwować pierwszy handlowy statek, który przepływał tego dnia przez kanał. Był to statek o chińskiej nazwie ale pod panamską banderą. Ten konkretny egzemplarz płacił za możliwość przepłynięcia kanałem 119 tysięcy dolarów. Cena zależy od wyporności i stopnia załadowania statku. Największe jednostki płacą ponad 300 tysięcy dolarów. Co ciekawe płatność odbywa się tylko gotówką w kapitanacie portu. Cała operacja wpłynięcia do śluzy, ciągnięcia przez holowniki po obu stronach burty, zamykania wielkich stalowych bram powstrzymujących napór wody, odpompowania wody w jednym przedziale i wypełnienia w drugim trwa około 30 – 45 minut. Natomiast średni czas przepłynięcia przez cały kanał z Pacyfiku na morze Karaibskie lub na odwrót trwa około 8 h.

W dniu, w którym byliśmy zwiedzać, przewidzianych było do przepłynięcia 43 statki. Zapomniałem dodać, że Kanał Panamski zbliża się do swojej okrągłej rocznicy, ponieważ został wybudowany i oddany do użytku w 1914 roku. W Gatun Locks można wejść na taras widokowy i obserwować przepływający statek na wyciągnięcie ręki. Trzeba przyznać, że wrażenie jest niesamowite. Kiedy już nasz statek przepłynął, otwarto na chwilę przeprawę i mogliśmy samochodem przejechać na drugą stronę kanału i pojechać w głąb lądu na cypel do San Lorenzo. Cały teren jest zalesiony gęstą roślinnością, po drodze mijaliśmy nieczynną już i opustoszałą bazę wojskową, nad samym morzem. Przypominała bardziej ośrodek wypoczynkowy niż obiekt wojskowy. Teraz koszary, boiska, wewnętrzne drogi porastają palmy i trawa. W końcu dojechaliśmy do fortu San Lorenzo, fortyfikacji z XVI w., wybudowanej na polecenie hiszpańskiego króla. Trzeba przyznać, że miejsce na fort zostało wybrane starannie i znakomicie. Znajduje się na końcu naturalnego cypla, na wzniesieniu u ujścia rzeki Chagres. Rozpościera się stąd piękny widok na turkusowe wody morza Karaibskiego. Z fortu pozostały mury, fosa, most oraz rozległe piwnice a także wiele pordzewiałych armat. Fort ma swoją burzliwą przeszłość, bo został zdobyty i złupiony przez piratów, pod wodzą słynnego Henry Morgana, który przez pewien czas używał go jako swojej bazy podczas wypraw na łupienie Panamy a później wysadził go w powietrze. Oprócz nas nie było w forcie żywej duszy, nie licząc kolorowych ptaków z żółtymi piórami na ogonie, które na pobliskim drzewie zbudowały swoje wiszące i powiewające na wietrze gniazda. Ciche, urokliwe, romantyczne i przywołujące na myśl burzliwe pirackie historie miejsce.

Mimo złej sławy postanowiliśmy pojechać do Colon rzucić okiem na miasto. Kierowca zamknął drzwi, zasunął okna i kazał uważać. Faktycznie miasto nie zachwyca. Różni się od Panama City diametralnie. Niska zabudowa, betonowe bloki w wypłowiałych pastelowych kolorach, brud, syf, bałagan. Strach wysiadać i wchodzić między podejrzanie wyglądających tubylców. Zresztą do zwiedzania nie ma tu nic, koloryt stanowi właśnie kolorowe, biedne, niebezpieczne miasto. Niezwykle barwnym elementem codziennego życia Panamczyków są kolorowe autobusy komunikacyjne. Jeżdżą podobno jak chcą, nie mają ściśle wytyczonych tras ani rozkładów, idzie się dogadać z kierowcą. Są własnością prywatną kierowców, którzy tworzą z nich małe arcydzieła. Pokolorowane są w najdziksze kolory i malowidła, może być na nich rozebrana kobieta o krągłych kształtach, wizerunek swojego dziecka, jakieś postacie z fantastycznych komiksów czy Chrystus. Niektóre mają podorabiane elementy dodatkowe jak płetwy rekina lub inne wypustki, są oświetlone w setki migających żarówek, w środku gra głośno muzyka, czasem jest telewizor i bardziej przypominają dyskotekę na kółkach niż autobus miejski. Autobusy takie jeżdżą po całej Panamie ale te w Colon były najbardziej szalone. 

Było około pierwszej popołudniu kiedy ruszyliśmy w drogę powrotną do Panama City. Początkowo planowaliśmy odbyć całą podróż pociągiem pasażerskim, który kursuje na trasie wzdłuż kanału raz dziennie, wyrusza o 7 rano i wraca o 17 wieczorem. Doszliśmy jednak do wniosku, że z pociągu niewiele zobaczymy a i tak w Colon musielibyśmy wynajmować taksówkę, więc taniej wyszło nas wzięcie taryfy na cały dzień z Panama City. Ostatnim punktem programu była wizyta w Miraflores Locks czyli bliźniaczych śluzach jak w Gatun, tyle że przy wejściu od strony Pacyfiku. Ten punkt obserwacyjny, z uwagi na obecność w stolicy Panamy, jest profesjonalnie przygotowany na przyjmowanie turystów. 11 lat temu wybudowano duży, kilkupiętrowy budynek z salą kinową, gdzie wyświetlają filmy o historii kanału, są tu restauracje i bary, gdzie można siedzieć na tarasie jedząc lunch i obserwując przepływające statki. My wjechaliśmy na czwarte piętro na deck obserwacyjny gdzie mogliśmy podziwiać ten sam proces wpuszczania statków do kanału, otwierania i zamykania śluz, jaki widzieliśmy rano w Gatun. Jedyna różnica jest taka, że w Miraflores są dwa równoległe kanały i jednocześnie mogą wpłynąć dwa statki i niezależnie od siebie być przepuszczone przez mechanizmy śluz. Jedno jest pewne, będąc w Panamie trzeba koniecznie wybrać się, żeby obejrzeć taki proces odprawiania statków, bo jest to zjawisko fascynujące. Turyści robią zdjęcia statkom, załoga statków wychodzi na pokład i robią zdjęcia sobie oraz turystom.

Zrobiła się trzecia popołudniu, wróciliśmy do hotelu, szybki prysznic, ostatnie piwo Balboa w hotelowej restauracji i pojechaliśmy na lotnisko. Lot do Amsterdamu przebiegł bezproblemowo, choć wysiadł system rozrywki, co nam akurat nie przeszkadzało bo przespaliśmy cały rejs, aczkolwiek po wylądowaniu w AMS dostaliśmy jeszcze w ramach przeprosin vouchery. I w ten sposób dotarliśmy do domu. To był fantastyczny wyjazd, szkoda, że tak krótki w Kostaryce. Program był napięty, wiele zobaczyliśmy, mało wypoczęliśmy. Czas na jakieś porządne wakacje….

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o

0