Laos 2010

Podróże bliskie i dalekie

Laos, kwiecień 2010

Opis spisany z bloga, pisanego na żywo podczas wyjazdu.

Samolot z Hanoi do Vientane odlatywał o 8:30 rano. Vietnam Airlines spisał się na medal bo doleciał bezpiecznie do celu i dowiózł wszystkie bagaże. Z gazetki pokładowej dowiedziałem się, że w czerwcu dołączy do aliansu Sky Team, który zdaje się zagarniać do siebie coraz lepsze linie lotnicze… No i skończyły się żarty. Po bazarowym, chłodnym Wietnamie zaczęła się w końcu prawdziwa Azja.

Vientane

Wysiedliśmy z samolotu i buchnął w nas żar. Pilot mówił, że jest 30 stopni Celciusza, po przyjechaniu do hotelu okazało się, że jest już 36 stopni a była dopiero 10 rano. Wzięliśmy prysznic, wyszliśmy z hotelu i po 10 minutach lał się z nas pot równymi strumieniami. Vientane, choć to stolica państwa, to w sumie małe miasteczko, liczy około 300 tysięcy mieszkańców. Centrum i większość atrakcji można zwiedzić pieszo. W oczy rzuca się od razu kilka różnic w porównaniu z Wietnamem. Język przypomina bazgroły tajskie, czyli kompletnie niezrozumiałe dla nas. Jest więcej zieleni, bujnej roślinności, ładnie utrzymanych żywopłotów, palm i kolorowych kwiatów. Na ulicach panuje względny porządek, kierujący pojazdami trzymają się swojego kierunku jazdy i pilnują świateł, których jest całkiem sporo na skrzyżowaniach. W telewizji lecą piosenki karaoke, podobnie jak było w Kambodży, poza tym seriale grane z taką samą swadą i genialną grą aktorską jak nasze „M jak miłość „ Obsługa w knajpach jest serdeczna i usłużna, wita i żegna nas złożonymi rękami, czego nie było w Wietnamie. Na napiwki reagują zdziwieniem. Jest w miarę schludnie, czysto i porządnie. O zgrozo na ulicach powiewają czerwone flagi z żółtym sierpem i młotem. Na duży plus trzeba uznać że piwo Lao występuje w butelkach 650 ml. Ceny niestety są równe lub nawet wyższe niż w Wietnamie.

Dziewczyny w Laosie są dużo ładniejsze niż w Wietnamie, zarówno z urody jak i zachowania, noszą się dość tradycyjnie i są skromne. Hotel mamy super, zupełnie przypadkowo znalazłem i zarezerwowałem go w sieci, szkoda, że tylko na jedną noc, bo na następne dni mają już komplet. Będziemy czegoś szukać na mieście. Wymieniliśmy kasę i mimo obezwładniającego upału poszliśmy zwiedzać. Na pierwszy ogień That Dam Stupa, duży kamienny obelisk, zaraz obok amerykańskiej ambasady. Stamtąd przeszliśmy główną aleją Avenue Lanexang, która z jednej strony od rzeki Mekong zamknięta jest prezydenckim pałacem a od drugiej łukiem triumfalnym Patuxai, który upamiętnia Laotańczyków poległych w wojnach. My skierowaliśmy się do kompleksu świątyń Ho Pra Keo oraz kolejnego, zaraz obok po drugiej stronie ulicy, Wat Sisaket. Zresztą po drodze z hotelu do tego kompleksu napotykaliśmy na każdym rogu na mniejszą lub większą czerwono złotą świątynie. Trochę nas prześladował pech, bo zaszliśmy na miejsce na 12 tą, akurat kiedy zaczęła się godzinna przerwa. Zamiast siedzieć pod palmą i wytapiać z siebie ostatnie fałdy tłuszczu powlekliśmy się ostatnimi resztkami sił do najbliższej knajpy na zimnego Lao. W restauracji miejscowa Laotanka błędnym wzrokiem szalonej szamanki wpatrywała się w nas szukając okazji do zaczepki, chwilę potem wszedł jakiś koleś sprzedający gumy i naraz zaczął dotykać i szczypać Zbyszka a potem mnie. Dziwne zwyczaje 🙂

Kompleksy świątynne, do których się wróciliśmy po południu, to Wat Sisaket, najstarsza w mieście, z 1818 roku, składająca się ze świątyni i okalającego ją krużganka, w których znajduje się ponad 2000 posrebrzanych i glinianych figurek Buddy. Po drugiej stronie ulicy Ho Pra Keo (lub Haw Pha Kaew) to królewska świątynia, w której przechowywana była słynna figurka jadeitowego Buddy, teraz znajdującego się w Bangkoku. Justyna nie jadła nic od rana, twierdząc że nie jest głodna. Fakt, w taki gorąc jedyne o czym marzyliśmy to woda i cień. Ale bez przesady, po południu zmusiliśmy ją do wejścia do restauracji i zamówiliśmy jej coś do jedzenia a dla siebie do piwa, o zgrozo laotańską pizze na dwóch. Pizza okazała się mieć sadzone jajko na wierzchu. Jaja w tropikach.

Zeszliśmy miasto Vientane wzdłuż i wszerz, to niewielka miejscowość, o niskiej zabudowie, gdzie za bardzo nie znaleźliśmy nic specjalnie ciekawego do robienia. Miasto położone jest nad rzeką Mekong, która przepływa kilkaset metrów od naszego hotelu, ale jest na tym odcinku płasko i bezbarwnie. Wieczorem hit wieczoru, masaż po laotańsku. Zaszliśmy w trójkę do lokalu, Zbyszek i Justyna zapodali godzinny masaż nóg, który jak się później okazało obejmował również masowanie ramion i szyi. Ja wziąłem godzinny masaż całego ciała a zaopiekowała się mną malutka, filigranowa, sięgająca mi do ramion, Laotanka. Różniło się to diametralnie od wczorajszego masażu w Wietnamie. Zaczęło się od umycia stóp w misce z ciepłą woda i mydłem. Potem przeszliśmy do pokoiku z bambusowymi ściankami i płaskim materacem na ziemi. Odbyło się bez olejków i nacierania, za to po godzinie czułem się jakby mnie przepuszczono przez wyżymaczkę. Nie mam pojęcia skąd ta dziewczyna czerpie siłę ale mogłaby chyba siłować się na rękę z Pudzianem. W każdym bądź razie nacisnęła każdy kawałek mojego ciała, naciągnęła mi ręce i nogi, ugniotła okolice kręgosłupa i szyję jak ciasto na pizze. Muszę się przyznać, że raz aż zawyłem z bólu jak mi masowała uda. Dla porównania wczoraj mało co nie zasnąłem w Hanoi. Zbyszek i Justyna potwierdzili, że u nich też było mocno i ostro. Rewelacja, to był jeden z najlepszych masaży jakich doświadczyłem w życiu, a co za tym idzie jeden z najciekawiej i najprzyjemniej spędzonych Lanych Poniedziałków. A teraz uwaga, godzinny masaż kosztował 35,000 Kip (LAK) czyli w przeliczeniu na złotówki około 12 PLN…. Zamierzam tu jeszcze jutro wrócić.

Masaże zresztą są tu nieodzowne bo brzuchy nam rosną w zatrważającym tempie. Dziś wieczorem do naszej listy ulubionych smakołyków dodaliśmy chińskie pierogi na parze, dim sum, nadziewane mieloną startą bardzo drobno wołowiną, wymieszaną z posiekanym zielonym selerem. Ciasto jest delikatne, prawie przeźroczyste i pierogi smakują najlepiej świeżo wyjęte z garnka z dodatkiem posiekanego czosnku i polane sosem sojowym. Genialne, zamawialiśmy jedna za druga porcją 🙂 Zapadł wieczór, na zewnątrz nadal gorąco, wróciliśmy do hotelu żeby się w końcu po raz pierwszy wyspać na tym wyjeździe.

Dziś kolejny dzień w Vientane. Nie da się ukryć że bardzo intensywny. Po raz pierwszy zorientowaliśmy się, że jesteśmy na wyjeździe (Wietnam+Laos) dopiero 4 dni a już tyle się wydarzyło. Rano po śniadaniu zmieniliśmy hotel. Fakt, że na gorszy standard, ale za to dwukrotnie tańszy. Mieszkamy w trójce, jesteśmy z Justyną nowoczesnym małżeństwem i trochę pikanterii się nam przyda, a Zbyszek jest całkiem atrakcyjnym mężczyzną 🙂 Teraz siedzimy w lobby hoteliku Riverside w Vientane, popijając ze Zbyszkiem duże Lao i sprawdzając pocztę a gość z obsługi biega wokół z elektryczną rakietą tenisową i zabija komary i muszki. Po zameldowaniu się w nowym hotelu załatwiliśmy sobie transport autobusowy na jutro do Vang Vieng a potem wynajęliśmy kolesia z klimatyzowanym samochodem żeby zawiózł nas w trzy miejsca, do Patouxai, do That Luang Stupa i na koniec do Budda Park. Dziś wedle danych z Yahoo Weather jest w Vientane 39 stopni gorąca, odczuwalnych jako 45 stopni. Jednym słowem jest potwornie gorąco.

Pierwszym punktem programu był łuk triumfalny Patouxai. Fajne miejsce, otoczone zadbanymi trawnikami i klombami. Łuk przypomina ten z Paryża, ma siedem pięter na które można się wspiąć. Zrobiliśmy to, ale dopiero po wypiciu pierwszego Lao tego dnia, bo inaczej w tym upale nie ruszylibyśmy nogą. Po drodze na szczyt wieży trzeba minąć dwa piętra wypełnione bazarowym towarem a sam widok z czubka wieży nie jest szczególnie porażający. Justyna w stolicy Vientane mogłaby zrobić karierę jako modelka, po liczne grono profesjonalnych fotografów pod Łukiem zabijało się o jej względy, żeby tylko zechciała pozować do zdjęć z Laotańczykami. Przypomina to nam sytuację z przed lat z Pekinu, kiedy każdy chciał mieć zdjęcie z blondynką. Potem pojechaliśmy do That Luang Stupa, największej relikwii i najświętszego miejsca w Laosie. To był crème de la crème dzisiejszego dnia. Jest to 45 metrowej wysokości złocona stupa, która według legend została wybudowana już w 3 roku przed naszą erą a w finalnym kształcie powstała w XVI wieku. Sam obiekt złoconej stupy razem z krużgankiem jest otoczony kilkoma mniejszymi świątyniami, pięknie zdobionymi, z licznymi figurkami Buddy. Podobno w zalążkach oryginalnej świątyni znajdowało się żebro Buddy. Zwiedzanie całego kompleksu zajmuje co najmniej godzinę. Nie muszę chyba mówić, że dla nas w tym upale była to straszna męczarnia. Na szczęście w okolicznej lokalnej knajpie, zimny duży Lao przywrócił nas do życia. Sam kompleks świątyń i oczywiście pozłacana stupa są rewelacyjne i stanowią obowiązkowy program jeśli odwiedza się Vientane.

Potem pojechaliśmy do Buddha Park (Xieng Khuan), oddalonego od stolicy o około 25 km. To mały kawałek ziemi położonej nad rzeką Mekong, który jest wypełniony statuetkami Buddy i innych Bóstw. Z jednej strony jest to trochę tandeta, z drugiej fajne miejsce. Takie laotańskie Las Vegas. Główną atrakcją jest budowla w kształcie dyni, na którą można się wspiąć. Żeby nie było nierównowagi w przyrodzie, wytrąbiliśmy trzeciego Lao tego dnia i zjedliśmy ryż z dodatkami w lokalnej knajpie nad rzeką Mekong. Po powrocie do Vientane około 15-tej po południu szybko wrzuciliśmy manele do pokoju i wzięliśmy kostiumy kąpielowe żeby pojechać do WaterPark. Nazwa parku jest trochę myląca bo w całym kompleksie basenów, czynna była tylko jedna zjeżdżalnia i dwa baseny. Reszta rdzewiała, blacha łopotała na wietrze a nowo wybudowany betonowy blok stał pusty. Ale zawsze była to jakaś ochłoda w tym upale. Ludzi było mało, głównie turystów a jazda z wysokiej rury była naprawdę ekscytująca. W drodze powrotnej koleś, który wiózł nas tuk-tukiem i który na początku negocjacji zażyczył sobie dwukrotnie wyższą cenę niż w końcu uzyskał, pomylił drogi i nie wiedział dokąd nas wieźć. Kiedy w końcu sami doprowadziliśmy go do celu, uśmialiśmy się wszyscy.

Do hotelu wstąpiliśmy tylko na tradycyjną wymianę koszulek i szybki prysznic i zgodnie z obietnicą daną sobie zeszłego wieczoru podążyliśmy na masaż. Poszliśmy do tego samego lokalu. Zbyszek zachęcony moimi wrażeniami zdecydował się na masaż całego ciała. Traf chciał, że dostał tą samą masażystkę co ja dzień wcześniej. Leżeliśmy oddzieleni tylko bambusowym przepierzeniem i muszę przyznać z uznaniem, że nie doszedł mnie żaden jęk z jego strony. Ale gwoli ścisłości, na samym początku, już przy myciu stóp zastrzegł, że chce żeby masażystka była dla niego gentle. Mówił w trakcie, że zaciska zęby tylko dlatego, że jesteśmy obok, ale owszem i boli… Znowu było super i wyszliśmy odprężeni i genialnie wymasowani. Wiem, że takiej usługi będzie mi bardzo brakować w Warszawie. Ponieważ wczorajsza kolacja bardzo nam smakowała, skierowaliśmy swoje kroki ponownie do chińskiej restauracji i zamówiliśmy 6 różnych rodzajów pierogów dim sum, nie licząc Lao, które jest już chyba oczywiste. Pierogi były z wieprzowiną, wołowiną , warzywami, krewetkami, kapustą i innymi dodatkami. Do tego dostaliśmy miseczki z posiekanym czosnkiem i startą pastą chili oraz jeszcze sos sojowy i ocet. Pychota przez duże P.

Był już wieczór, około ósmej wieczorem lokalnego czasu i zmierzaliśmy do naszego hotelu przy bulwarze. Wyszliśmy na drogę przy rzece Mekong a tu naraz okazało się, że impreza w Vientane kwitnie w najlepsze. Nad rzeką rozłożyły się stragany z ciuchami i biżuterią, torbami, butami a przede wszystkim powstały z niczego, tymczasowe liczne knajpki. Polegało to na tym, że przedsiębiorczy Laotańczycy rozwieszali na bambusowych kijkach gołe żarówki a wzdłuż nasypu rozkładali dywany i tkane maty, na nich stały niskie stoliczki i poduszki, na których można było się położyć. Bardzo fajny klimat, mnóstwo białych turystów, którzy wyszli coś się napić i zjeść. Wyglądało to jak olbrzymie koczowisko na trawiastym brzegu rzeki. Nastrój udzielił się i nam, zalegliśmy na matach nad Mekongiem i wypiliśmy po kolejnym Lao. Jutro czeka nas przejazd autobusem do Vang Vieng. Jak będzie zasięg to coś skrobniemy, jeśli jeśli nie to dopiero z Luang Prabang.

Wczoraj wypiliśmy o jedno Lao za dużo. Ja jeszcze męczyłem się do północy w lobby hotelu starając się coś napisać na blogu wśród trzasków ginących owadów na elektronicznej rakietce ciecia, a Justyna i Zbyszek poszli na górę do pokoju. Kiedy do nich dołączyłem Justyna, wcale nie spała, tylko roześmiana oglądała sobie ostatni odcinek serialu „Usta usta” a Zbychu leżał jak zdjęty z krzyża ze słuchawkami na uszach i nie reagował na żadne bodźce. Można go było wynieść i wrzucić do Mekongu i by się nie zorientował. 

Vang Vieng

Jedziemy teraz małym ciasnym busikiem do Vang Vieng. No właśnie, miał być duży autobus VIP-owski a skończyło się jak zawsze… Najpierw podjechał duży otwarty tuk-tuk i zaczął powoli nabierać ludzi z kolejnych hoteli aby zawieźć nas ostatecznie pod biuro podróży gdzie wsiedliśmy w minibusa. Nasze plecaki jadą na dachu przypięte siatką a na laotańskiej asfaltowej drodze samochód podskakuje jak w wesołym miasteczku. Śmieszna sprawa, bo w pewnym momencie jeszcze w Vientane naraz dogonił nas gość na skuterze i wręczył zaskoczonej parze Amerykanów, siedzących obok nas, ich paszporty, które zapomnieli w hotelu. Ich twarze wyrażały zdziwienie a potem nieopisaną wdzięczność, wyrażoną pokaźnym tipem dla Laotańczyka. W busie mamy komplet, międzynarodowe towarzystwo, mamy Francuzkę, jakiegoś białego z laotańską dziewczyną, parę Amerykanów, prawdopodobnie w podróży poślubnej, filipińskiego młodego chłopaka i dojrzałego amerykańskiego faceta, po którym widać że niejedno miejsce już zwiedził. Trzeba przyznać, że miło się z nim gada. 16 lat temu porzucił swój kraj i zamieszkał w północnej Tajlandii. Znalazł tam sobie żonę, która prowadzi knajpkę, mają 3 dzieci a on sam uczy w szkole business english. Mówi, że zarabia 25 tysięcy bahtów miesięcznie czyli około 750 USD. Filipińczk, siedzący przed nami, otworzył MacBooka i odpalił film, jakąś amerykańską komedię, po kilku minutach pojawiły się sceny z nagą blond-włosą aktorką. Miała piękny, duży silikonowy biust na cały ekran. Koleś się zorientował, że wszyscy obok w autobusie, patrzą się jemu w ekran. Speszył się i co prędzej przełączył na Star Treka.

Przed nami zaczęły się góry, droga wije się wąską serpentyną wśród bujnej roślinności. Cała podróż z Vientane zajęła w sumie około 3,5 h. Wysadzili nas w samym centrum miejscowości gdzie złapaliśmy tuk-tuka do hotelu. Nie mieliśmy żadnej rezerwacji, ale miejsc noclegowych jest tu bez liku. Miałem wybrany jeden guesthouse , znaleziony w internecie i na szczęście kiedy dojechaliśmy okazało się że mają miejsca. Miejscówka jest super. Poprosiliśmy o pokoje na pierwszym piętrze i z naszych okien mamy urzekający, cudowny widok na zalesione góry po drugiej stronie rzeki Nom Son. Widoki są po prostu przepiękne, zielona, bujna, imponująca Azja w najczystszym wydaniu. Miasteczko Vang Vieng to bardzo dziwna mieścina. Jest to wioska w środku Laosu, leżąca nad krętą rzeką osłonięta z jednej strony wysokimi zielonymi górami. Od kiedy ktoś wpadł na pomysł, żeby zacząć organizować spływy na dętkach od ciężarówek,tzw. tubbing, wioska przeżywa rozkwit. Rozrasta się we wszystkich kierunkach, budują się nowe pensjonaty, hoteliki, knajpy, restauracje. Miasteczko żyje z hord, to chyba najlepsze słowo, którym mogę to zobrazować, z hord młodych ludzi, którzy przyjeżdżają tu żeby bawić się na całego. To niesamowity kontrast z miłującymi spokój, naturę, wyznającymi buddyjską religię Azjatami. Amerykanie krzyczą, śpiewają piją i bawią się w dziesiątkach knajp w centrum wioski, która żyje tylko z turystów. Knajpy oprócz tradycyjnych krzeseł i stołów mają jeszcze podesty wyłożone dywanami i poduszkami , na których się siada w kucki lub po prostu leży. Obowiązkowo w takim lokalu jest jeszcze co najmniej jeden telewizor, w którym lecą powtórki serialu Przyjaciele. W co lepszych lokalach lecą Simpsonowie.

Apogeum zabawy znajduje się 4 km. za wioską, gdzie podjeżdża się tuk-tukiem po uprzednim wykupieniu gumowej dętki i wypożyczeniu gumowego worka na rzeczy. Schodzi się nad brzeg wody a tam pobudowanych jest po obu stronach rzeki z 10 bambusowych barów, z huśtawkami, linami, zjeżdżalniami. Muzyka we wszystkich knajpach wali na maxa, panuje jeden wielki harmider, ludzie skaczą do wody, piją piwo, bawią się jak w dyskotece. Pracownicy barów rzucają do rzeki napełnione wodą butelki na linkach i przyciągają do siebie delikwentów na dętkach na kolejnego Lao. Nad wszystkim górują majestatyczne, wysokie góry. Jedyny minus, że jest potwornie gorąco ale jak się wskoczy do chłodnej rzeki od razu robi się przyjemnie. A jak dodać do tego jeszcze zimne piwo, które można kupić co kilkadziesiąt metrów to już w ogóle można poczuć się jak w raju. Woda leniwie płynie, miejscami stoi, w innych miejscach jest trochę szybszy nurt, ale ogólnie dryfuje się bardzo spokojnie. Kiedy wypłynęliśmy już trochę poza obszar imprezowy, można było się ponapawać widokami po obu stronach rzeczy. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu jakbym oglądał kadry filmów o Wietnamie z serii Rambo albo Zaginiony w Akcji.

Lasy bambusowe, przerzucone przez koryto rzeki drewniane wąskie i wysokie mostki, kobiety na brzegu w typowych, bambusowych, stożkowych kapeluszach, nagie dzieci baraszkujące w płytkiej wodzie. Pierwsza godzina w wodzie była ekscytująca, druga przyjemna, ale już w trzeciej zaczęliśmy się niepokoić ile jeszcze można płynąć. Ręce nam się poobcierały o gumową dętkę od machania, bo gdybyśmy nie machali, pewnie dryfowalibyśmy cały dzień. W końcu ukazały się zabudowania wioski i mogliśmy wyjść na brzeg. Wróciliśmy do wypożyczalni dętek równo o 18-tej czyli spływ zajął nam 3,5 h. Żarcie w knajpie wieczorem było szczerze powiem takie sobie. Może za wysoko ustawiliśmy poprzeczkę po wczorajszej uczcie pierogowej w Vientane. Nawet jeśli nie smakowało nam jak zawsze to i tak wszystko zniknęło z talerzy bo byliśmy okropnie głodni. Cały dzisiejszy dzień aż do kolacji spędziliśmy tylko na porannej mrożonej kawie Moccha i jednym rogaliku. Za to w drodze powrotnej do naszej pensjonatu fundnęliśmy sobie u ulicznej sprzedawczyni po naleśniku, Justyna z kokosem a my ze Zbigiem z bananami. Już samo patrzenie jak dziewczyna przyrządza te przysmaki było przyjemnością a smak naleśników to była czysta delicja. Jutro czeka nas od rana eksploracja okolicznych jaskiń. Teraz zapadła u nas już północ, wifi w hotelu ledwo co, ale jednak działa, więc połączyliśmy się z domem. Bartek, który na chwilę podszedł do Skype’a, powiedział tylko, bawcie się dobrze na wakacjach, dużo wypoczywajcie i pijcie sobie drinki… po czym pobiegł bawić się z kolegami na podwórku. Co tam będzie ze starymi na drugim końcu świata gadał.

Niby jesteśmy na wakacjach a tyle jest atrakcji, że trudno znaleźć czas, żeby zasiąść i coś napisać albo wrzucić zdjęcia. Mimo, że zmrok zapada już około 6-tej wieczorem, to wtedy zazwyczaj jesteśmy na masażu a potem udajemy się na kolację. Dziś wyczailiśmy fajną knajpkę na końcu miasteczka, która położona jest nad samą wodą. Wykryliśmy ją ze Zbyszkiem po południu w poszukiwaniu zimnego Lao. Kiedy udaliśmy się tam wieczorem z Justyną odbywała się jakaś impreza firmowa na kilkadziesiąt osób. Udało nam się zająć jedyny wolny stół. Zupełnie przypadkowo mieliśmy dzięki temu folklorystyczny wieczór z tańcami laotańskimi. Najpierw były występy dziecięcego zespołu a potem wszyscy na sali uderzyli w tany. Oprócz nas niestety. Byliśmy gotowi ze Zbyszkiem pokazać krakowiaka i inne przytupańce ale raz, że było za gorąco i pot lał się nam po plecach a dwa, że brakło nam śmiałości… Ileż ciekawych rzeczy mogłoby się wydarzyć gdyby nie ta drobna przywara, zwłaszcza że połowa bawiących się osób były to kobiety 🙂 Dziś dzień jaskiniowca, bo od rana do południa zwiedzaliśmy właśnie jaskinie. Cóż, po wczorajszym opisie ktoś mógłby sobie pomyśleć że Vang Vieng to tylko imprezy suto zakrapiane alkoholem nad rzeką. Tymczasem okoliczne góry kryją wiele pięknych niespodzianek.

Zaczęło się jednak od komicznej sytuacji przy śniadaniu. Wyskoczyliśmy mianowicie z hotelu rano o siódmej do pobliskiej bambusowej chaty na śniadanie i z całkiem obiecująco wyglądającego menu zamówiliśmy dwie jajecznice i omleta, oraz dwie kawy i sok pomarańczowy. Niby proste zamówienie ale Laotanka notowała je skrzętnie w notesie, po czym wsiadła na rower i odjechała w stronę miasta. Domyśliliśmy się że pojechała po zakupy bo w jej garkuchni dostrzegliśmy jedynie jedno jedyne jajko. Minęło 15 minut i zrobiło się trochę nieswojo, bo ani widu ani słychu po naszym śniadaniu ani właścicielce przybytku. Naraz zajechał przed restauracje skuter z dwoma Laotańczykami. Jeden kierował, drugi w obu dłoniach trzymał filiżanki z gorącą kawą. Zsiedli i podali nam do stołu dymiącą kawę w filiżankach z napisem capuccino. Wsiedli na motor i odjechali. Nas zamurowało. Minęło kolejnych 10 minut i panowie zajechali ponownie, tym razem gość z tyłu trzymał dwa talerze z jajecznicą i bekonem oraz chrupiącą bułką. Kilka minut później zajechała również właścicielka knajpy na rowerze z talerzem z omletem w ręku. Wszystko ciepłe, smaczne, jak należy. Jak już wspomniałem, dziś zwiedzaliśmy jaskinie i mieliśmy dużo szczęścia, bo okazało się, że wykupiliśmy sobie wycieczkę za 13 USD, na której ostatecznie byliśmy jedynymi uczestnikami. Mieliśmy więc prywatnego kierowcę i anglojęzycznego przewodnika. Ola, bo tak kazał się nazywać młody Laotańczyk to najlepiej jak dotąd władający językiem Azjata jakiego spotkaliśmy w Laosie. Cała reszta kaleczy strasznie i niewiele rozumie. Dla tych co liczą, że Laotańczycy mogą mówić po francusku ostrzegam, nie mówią. I jeszcze jedno, większość menu w restauracjach w Vang Vieng jest drukowana z jednego szablonu i zawiera podobne pozycje. Trzeba się zdać na łut szczęścia żeby trafić dobrego kucharza bo po menu trudno jest się zorientować.

Do jaskiń jechaliśmy około 14 km. od centrum miasteczka. Pierwsza to Tham Sang, czyli jaskinia Słonia. W zasadzie była to grota z wizerunkiem Buddy. Żeby się tam dostać należało przekroczyć rzekę. Kładki i mosty przez rzekę Nam Son budują wioski a potem pobierają myto. W zależności od ważności przeprawy może to być od 1000 do 4000 Kip. Za wejście do jaskini, przedstawiciel wioski też pobiera opłatę około 5000 Kip (około 1.70 PLN) i do tego jest odrębna cena za wypożyczenie latarki na głowę, tzw. czołówki. Pierwsza jaskini tego nie wymagała, była to w zasadzie duża grota, której nazwa wzięła się od kształtu stalagmitu, który przypominał słonia. Przy wejściu do groty wisiał dzwon, który powstał z pancerza po pocisku amerykańskiej bomby lotniczej. Wioska bidna strasznie, słomkowe ściany domów, łamiące się ogrodzenia, niewykończone domy, po uliczkach między domostwami biegają samopas chude kury i umorusane w błocie świnie. Zajrzeliśmy do jednego lepszego, murowanego domu, w środku były nieotynkowane ceglane mury i rzucony materac na podłodze. That’s it. Druga z jaskiń to Tham Hoi czyli jaskinia ślimaka. Ciągnie się ponoć kilkanaście kilometrów, jest szeroka na na 5-6 metrów. W środku można iść suchą stopą, ale ściany i sufit są mokre i widać wszędzie nacieki i stalagmity. Jest oczywiście chłodno w odróżnieniu od temperatury panującej na zewnątrz, ale mimo wszystko tak parno że byliśmy mokrzy jak w saunie. Jaskinia jest imponująca. Do trzeciej jaskini musieliśmy zrobić kilkuset metrowy trekking i podejść pod górę. Tham Luob bo tak brzmiała jej nazwa, to jaskinia o bardo dużej kubaturze, z wieloma pomniejszymi pomieszczeniami. Bez wątpienia najładniejsza z tych odwiedzonych przez nas, ma przepiękne ściany ze stalagmitami, łuki, firanki skalne tak cienkie, że wyglądają jakby były zasłonami w oknach. Na jednych z takich płatów skalnych nasz przewodnik wygrywał melodie. Dużo przejść pod nawisami, dużo wzniesień i podejść, wszystko pięknie wyrzeźbione przez wodę, co jakiś czas natrafialiśmy na skały z kryształami górskimi. Przepiękne miejsce.

Około południa dotarliśmy do Water Cave, gdzie wskoczyliśmy na znajome już z wczorajszego dnia dętki i wpłynęliśmy do jaskini wypełnionej wodą. Płynęliśmy nią w całkowitych ciemnościach rozjaśnianych naszymi czołówkami około kilometra i tyle samo wracaliśmy. Woda była lodowato zimna i pod koniec marzyliśmy już tylko o tym, żeby jak najszybciej wrócić na słońce. Po powrocie do miasta kupiliśmy sobie bilety na autobus do Luang Prabang. Jutrzejsza podróż potrwa prawie cały dzień bo od 10-tej rano do 17-tej po południu. To tylko 238 km., ale szybciej nic tu nie jeździ. W zasadzie duży autobus klimatyzowany jest tylko jeden dziennie. Wieczór spędziliśmy kąpiąc się w rzece przy miasteczku i na masażu, który był niestety dużo gorszy niż ten w Vientane. Liczymy na sprawne laotańskie ręce w Luang Prabang.

Luang Prabang

Dziś mieliśmy dzień w trasie. Droga miedzy Vang Vieng a Luang Prabang wynosi około 238 km. Autokar przebywa ją w 7 godzin, wliczając dwa postoje. Zanim jednak wsiedliśmy do klimatyzowanego autokaru wkradła się pewna nerwowość, bo pod hotel podjechał zdezelowany autobus, bez klimy, z wiatrakami z pourywanymi przewodami. Ładował coraz więcej pasażerów aż nasze plecaki zabarykadowały całe wejście do autobusu. Przez dłuższą chwilę podejrzewaliśmy kolejną ściemę, że oszukano nas i będziemy jechać tym trupem do ostatecznego celu. Całe szczęście po półgodzinnym krążeniu po miasteczku, bus zajechał na stację autobusową w Vang Vieng gdzie czekał nowocześniejszy autokar z klimą. Odbyła się tam krótka walka o nienumerowane miejsca i okazało się, że wszystkie miejsca, co do jednego zostały sprzedane. Cały autokar to turyści, w większości młode dzieciaki po 18-20 lat. Amerykanie, Anglicy, Francuzi i Niemcy. Doszliśmy do wniosku, że w dzisiejszych czasach podróżowanie stało się banalnie proste, skoro rozkapryszone amerykańskie dzieciaki mogą przyjechać sobie do Laosu, żeby przypalić marihuanę i wypić piwo. Czasy podróżników typu Arkady Fiedler, Tony Halik czy Ryszarda Kapuścińskiego w dzisiejszej dobie internetu, licznych połączeń lotniczych i autobusowych przechodzą do przeszłości. Dziś każdy, kto tylko ma ochotę może być podróżnikiem. Dzisiaj podróżuje się w klapkach japonkach, wieczory spędza w pubach z piwem a po południu pisze się maile do rodziny i sprawdza dostępność noclegów w kafejce internetowej.

Cieszyliśmy się z wyjazdu z Vang Vieng bo ta łatwość podróżowania ma też minusy. Widzieliśmy wczoraj na ulicach miasteczka zataczających się, pijanych Amerykanów, na których miejscowi patrzyli z pogardą a w naszym guesthousie w nocy jacyś gówniarze z Wielkiej Brytanii, sadząc po akcencie, urządzili karczemną awanturę z biciem szkła, przewracaniem krzeseł itp. Wstyd było być białym w takim momencie. Podróż autobusem przebiegła całkiem sprawnie jak na 7 godzin drogi, ale nie obyło się bez przygód. Po pewnym czasie zaczęła się skraplać woda z klimatyzatora i zaczęła się lać na tylne rzędy. Na nas kropiło od czasu do czasu na nogi, co nawet było orzeźwiające ale na niektórych lała się na głowę, co nie było już przyjemne. Droga wiodła przez wysokie góry, nad urwiskami, wykutymi w zboczach przesmykami. Mijaliśmy przyklejone do zboczy wioski, biedne, liche, składające się z kilkunastu chat zbudowanych z trzcinowych ścian. Duża bieda, powypalane połacie roślinności, żeby móc uprawiać ziemię, z drugiej strony wszechobecna, zachłanna roślinność wciskająca się w każdą wolną przestrzeń. Przejazd nie jest dla tych z lękiem wysokości bo kilka momentów mogło przyprawić o zawał serca, ale ogólnie widoki były przepiękne i ktoś kto decyduje się ten odcinek pokonać samolotem dużo traci. 

Kiedy już zaczęliśmy zbliżać się do miasteczka Luang Prabang i zostało może 10 km., naraz przy wyprzedzaniu, coś w naszym autokarze zgrzytnęło, walnęło i po kilku metrach silnik zgasł a pojazd doturlał się siłą rozpędu do pobliskiej wioski i stanął. Wśród pasażerów konsternacja, od razu zrobiło się gorąco bo klima przestała działać. Otworzono drzwi i wszyscy wylegliśmy na zewnątrz. Przy tylnej klapie od silnika stali kierowca i dwóch jego pomagierów, podawali sobie klucze i coś próbowali odkręcać. Wyglądało to tak jakby nie mieli bladego pojęcia co robią. Justyna w ogóle się nie przejęła incydentem. Od początku podróży zajęta była czytaniem nowej powieści Lisy See i stwierdziła, że jest jej wszystko jedno co się stało i gdzie będzie spać, może to być nawet pobliska chata w wiosce, po czym usiadła przy drodze i zagłębiła się w lekturze. Tymczasem minęła piąta i niedługo miał zapaść zmrok. Wspólnie ze Zbyszkiem rzuciliśmy fachowym okiem na próby naprawy silnika, wiadomo, każdy Polak to fachowiec we wszystkich dziedzinach, potem zrobiliśmy zdjęcie kompletnie łysej opony tylnej oraz stwierdziliśmy brak jednej z czterech śrub w feldze i doszliśmy do wniosku, że spędzimy tu więcej czasu niż się to wydaje. A że nie wypełniliśmy jeszcze dziennego limitu Lao na osobę, poszliśmy w dół drogi zaopatrzyć się w miejscowym sklepiku. Już mieliśmy otwierać puszki z narodowym napojem Laotańczyków kiedy dostrzegliśmy tuk-tuka obok sklepu. Po krótkich negocjacjach wróciliśmy się do autokaru, zanurkowałem w ładowni i wyciągnąłem nasze plecaki po czym zanim ktokolwiek się zorientował załadowaliśmy się na pakę tuk-tuka i odjechaliśmy do miasteczka odprowadzeni zazdrosnym wzrokiem pozostałych kilkudziesięciu pasażerów.

W miasteczku mieliśmy sporo problemów ze znalezieniem noclegu. Przede wszystkim Luang Prabang to chyba najdroższe miasto w Laosie. Dlaczego ? Postaram się opisać to w kolejnych dniach, ale tak na szybko mogę napisać, że ma niesamowity urok. Zwłaszcza stara część położona w zakolu rzeki Mekong. Małe uliczki zapełnione kamienicami pobudowanymi w starym kolonialnym stylu z drewnianymi okiennicami, położone w bujnych ogrodach. Stylowe, eleganckie restauracje, winiarnie, sklepy z pamiątkami. To miasteczko to perełka, nie na darmo wprowadzona wiele lat temu na listę zabytków UNESCO. Niestety jest też z tego powodu drożej niż gdziekolwiek dotąd. Zostawiliśmy Justynę z plecakami przy bulwarze nad rzeką, oczywiście z lekturą w ręku, a sami szukaliśmy przez godzinę noclegu w licznych hotelach i guesthousach. Niektóre były przepięknie wykończone, stylowo, w drewnie, z ornamentami, położone w egzotycznych ogrodach, na grubych dywanach, ale też i za słone pieniądze. Średnio cena wychodziła około 40 USD za noc, ale oferowano nam i pokoje za 65 USD. Kolejnym powodem wysokich obecnie cen jest przypadający za 3 dni Nowy Rok w Laosie i Tajlandii. Hotele mają z tego powodu wysokie obłożenie. W końcu rzutem na taśmę znaleźliśmy całkiem przyzwoity nocleg w hotelu oddalonym około 100 m. od bulwaru nad Mekongiem, Budynek schowany jest w głębi podwórka ma wszystkie zalety na których nam zależało i kosztuje tylko 20 USD za noc. Jutrzejszy dzień przeznaczamy na dalszą penetrację miasteczka i zwiedzanie licznych świątyń.

Wczoraj pospaliśmy ździebko dłużej. Nasz hotel nie ma szyb w oknach, tylko moskitiery, kraty oraz drewniane okiennice. Żeby móc efektywnie wykorzystać klimatyzację zamknęliśmy okiennice, efektem czego nie widać, czy na zewnątrz jest jeszcze ciemno czy już jasno. Moglibyśmy w ten sposób przespać cały dzień. Wstaliśmy jednak i przeszliśmy się nad bulwar nad Mekongiem, który jest oddalony może 100 metrów od naszego hotelu żeby zjeść śniadanie w jednej z licznych tam restauracyjek. W drodze powrotnej poznaliśmy kierowcę tuk-tuka, który zgodził się nas obwieźć po kilku najbardziej znaczących miejscach do zobaczenia w Luang Prabang a potem pojechać do oddalonego o 30 km. od miasta wodospadu Kuang Si. Na początku obejrzeliśmy Wat Xienthong, kompleks kilku świątyń i towarzyszących budynków, znajdujący się na samym krańcu cypla. Zespół świątyń powstał w XVI wieku, składa się z kilku pozłacanych świątyń oraz stup wykładanych ceramiką mieniącą się w słońcu. W jednym z budynków stoi wielki 12-metrowej wysokości, pozłacany wóz, karawan pogrzebowy zawierający urny z prochami królewskiej rodziny. W innym stoi duża kilku metrowa, pozłacana figura Buddy. To miejsce jest najświętszym obiektem kultu w mieście.

Potem pojechaliśmy do pałacu królewskiego, w którym obecnie mieści się muzeum. Nie weszliśmy do środka, bo trafiliśmy na przerwę popołudniową, za to obejrzeliśmy w sąsiednim budynku wystawę zdjęć mnichów buddyjskich podczas codziennego życia i medytacji. Mieliśmy też okazję zobaczyć królewską flotę samochodów. Najstarszy okaz to Lincoln z 1950 roku, ale także terenowy samochód Toyoty z 1972 roku i łódka motorowa. Wszystkie te zabytki mocno wiekowe i nadszarpnięte zębem czasu. Były to podarunki od rządu amerykańskiego i japońskiego. Wyobrażam sobie jakie mógł robić wrażenie w latach 50-tych taki krążownik szos na ulicach miast w Laosie. To musiał być potwór z najstraszniejszych snów. W ogrodzie przy królewskim pałacu stoją do dziś 2 dystrybutory paliwa Shell. Rządy marionetkowego króla skończyły się po wycofaniu się Amerykanów w 1973 r, i od tej pory komunistyczna Partia przejęła stery państwa i pozostając pod wielkim wpływem Chin sprawuje władzę do dziś. Czerwona flaga z żółtym sierpem i młotem to normalny widok na ulicach w Laosie. Potem pojechaliśmy do świątyni Wat Visoun, najstarszej w Luang Prabang. Datowana jest na 1513 rok. Naprzeciwko niej stoi kilkunastometrowa kamienna stupa, tzw. Lotus Stupa (That Pathum) z 1514 r. Było potwornie gorąco, zresztą jak co dzień odkąd tylko przylecieliśmy do Laosu. Temperatury w ciągu dnia dochodzą do 40 stopni. Co ciekawe, w ogóle się nie możemy opalić. Mimo, że nie używamy żadnych kremów z filtrem pozostajemy ledwo co liźnięci słońcem.

Pogoda jest jednak strasznie męcząca więc z utęsknieniem czekaliśmy na przejazd do wodospadów położonych około 30 km. od miasta. Tradycją Nowego Roku w Laosie jest polewanie się wodą. Ma to symbolizować życie i pomyślność. Taki nasz Lany Poniedziałek, tyle, że polewanie zaczyna się na kilka dni wcześniej przed nowym rokiem. Nie powiem, przy tak upalnej pogodzie to bardzo ożywczy zwyczaj. Spotkaliśmy się już z polewaniem nas, głównie przez dzieci, które bez żadnej krępacji strzelały do nas z plastikowych pistoletów, albo polewało wodą z kubków i ze śmiechem uciekało. Ale apogeum polewanie przeżyliśmy wczoraj jadąc otwartym tuk-tukiem na pace do Kuang Si, kiedy naraz w wioskach po drodze, grupki dzieciaków czające się przy drodze wylewały na nas całe miski wody. Będziemy mieli w nadchodzącym laotańskim Nowym Roku bardzo dużo szczęścia bo zmoczyli nas do suchej nitki kilkakrotnie. Zresztą takie praktyki są obecnie na porządku dziennym również w Luang Prabang i musimy się liczyć z tym, że idąc ulicą naraz ktoś nas poleje szlauchem. 

Kuang Si Waterfalls to duży teren, gdzie znajduje się jeden duży wodospad oraz kilka mniejszych kaskad. Wszystko otoczone ładnym, bujnym dobrze utrzymanym ogrodem. W kilku niższych basenach utworzonych naturalnie w wapiennej skale przez spadającą wodę można się kąpać. Przypomina to słynne wapienne tarasy wodne w Pammukale w Turcji. Rewelacyjna ochłoda. Woda w tarasach wodnych ma kolor turkusowy. Wokół rosną bambusowe gaje. Siedzieliśmy w wodzie z godzinę rozkoszując się chłodem, aż zaczęliśmy marznąć. Schłodziliśmy się w ten sposób na kilka kolejnych godzin. W parku znajduje się też rezerwat czarnych niedźwiedzi, których widzieliśmy około dziesięciu bawiących się na specjalnie dla nich przygotowanym placu zabaw.Po tak wyczerpującym dniu i relaksie w wodach wodospadu nabraliśmy ochoty na nie tylko zimne Lao ale i coś na ząb. Usiedliśmy w lokalnej knajpie i zamówiliśmy po misce z noodle soup. Jedząc zupkę i popijając piwem, dostaliśmy naraz smsa od kolego z pracy o lotniczej katastrofie pod Smoleńskiem. W Polsce był ranek, u nas 14-ta popołudniu. Pierwszą reakcją, jak zresztą pewnie większości osób, które dostają takie informacje z drugiej ręki, było niedowierzanie. Niestety okazało się to prawdą. Cóż potworna tragedia i wyobrażam sobie jak niektórzy w Polsce muszą to przeżywać, karmieni informacjami z telewizji, gazet i radia. Utwierdza mnie to w przekonaniu, że życie jest kruche i nigdy nie wiadomo co komu sądzone. Trzeba umieć korzystać z życia póki mamy na to czas i ochotę . Marzenia trzeba realizować, trzeba chwytać dzień. Rozwaga, rozsądek i planowanie swojego życia na długi czas naprzód nie zawsze się sprawdza, takie kalkulacje mogą zawieść, bo nie wiemy co nas czeka jutro i trzeba żyć chwilą. 

Trochę przygnębieni smutnymi wiadomościami z Polski, w drodze powrotnej otrzymaliśmy kolejną porcję wody na nasze rozgrzane ciała. Tuk-tuk wyrzucił nas u stóp góry mieszczącej się pośrodku miasta Luang Prabang. Musieliśmy wspiąć się na 100 metrową górę pokonując wiele schodów i znosić żar zachodzącego dnia. Słońce powoli zamieniało się w pomarańczową kulę, rzucając żółtą poświatę na wody Mekongu. Na szczycie góry znajduję się mała świątynia buddyjska, ale tak naprawdę warto się pomęczyć i tam wspiąć po to tylko żeby podziwiać wspaniałą panoramę miasta. Kiedy schodziliśmy o zmroku ze wzgórza, na głównej ulicy Sisavangvong zdążyły rozłożyć się już sklepikarki ze swoimi kramami. Codziennie wieczorem ta główna arteria zamienia się w wielki Night Market, gdzie można kupić wszelkie wyroby miejscowych rzemieślników. Głównie są to ubrania, szale, papierowe lampy, rzeźbione drewniane pamiątki, biżuteria, kapcie, koszulki, pokrowce na poduszki, na chusteczki, pościel itp. Dzień zakończyliśmy kolacją w knajpie nad Mekongiem z widokiem na przepływającą wodę a potem oczywiście zgodnie z tradycją udaliśmy się na masaż, tym razem stóp. W każdym z dotychczas odwiedzonych miast na wyjeździe , byliśmy przynajmniej raz w salonie masażu, jest to przyjemność, którą trudno sobie odmówić. Nawet Zbyszek, który w zeszłym roku w Tajlandii, nie dał się namówić ani razu, teraz stał się gorącym zwolennikiem dziewczyn masujących mu stopy i kręgosłup.

Mekong to życie. Żywi, dostarcza surowców, jest środkiem transportu, jest turystyczną atrakcją. Wybraliśmy się dziś slowboatem na rejs po Mekongu. Płynęliśmy prawie dwie godziny w górę rzeki i obserwowaliśmy życie na jej brzegach. Były więc na wodze mniejsze i większe łodzie transportowe, turystyczne i promy z jednego brzegu na drugi. Łodzie transportowe to bardzo długie wąskie czółna, mieszczą około 6 osób w najmniejszej wersji do około 20 w tych większych. Większość, oprócz tych naprawdę prostych ma zadaszenie. Miejscowi w rzece łowią ryby, a na jej błotnistych brzegach zbierają różnego rodzaju rośliny, między innymi niezwykle popularne w laotańskiej kuchni ziele, Morning Glory (wodny szpinak). Jadamy to często w noodle soup, choć ja przecież szpinaku z zasady nie tykam 😉 Co ciekawe ta roślina jest zakazana w wielu krajach na kontynencie amerykańskim i europejskim, ponieważ szybko się rozprzestrzenia i stanowi zagrożenie dla istniejących ekosystemów. Wody Mekongu służą również miejscowej ludności jako pralnia. Namydlają i uderzają ubraniami o skały a potem je suszą w słońcu. Sami też się kąpią w jej odmętach. Widok Laotańczyka namydlającego się i spłukującego wodą w rzece to normalność. Tak zresztą jest pewnie na wszystkich innych rzekach Azji. Podczas spływu Nam Son na dętkach, widzieliśmy takie same widoki.

Mekong gasi pragnienie bydła, mijaliśmy małe stada bawołów, które brodziły brzuchami w przybrzeżnej wodzie i piły wodę. Jak wspomniałem Mekong dostarcza surowców, całe brygady pracują przy wydobywaniu żwiru z dnia, przerzucają go z łódek na ląd a dopiero tam koparka ładuje żwir na ciężarówki. W innych częściach rzeki widzieliśmy ludzi w charakterystycznych słomianych czapkach stojących po pas w wodzie i przepłukujących drobny żwir w poszukiwaniu rzadkich kamieni półszlachetnych. Rzeką spławia się również drewno. Bez rzeki nie byłoby tu życia. Mniej więcej w 3/4 drogi w górę rzeki przybiliśmy do brzegu, żeby zatrzymać się na pół godziny w Ban Xang Hai tzw. Whisky village. Jak nazwa sugeruje, wioska słynie z pędzenia bimbru, o tyleż charakterystycznego, że do każdej flaszki z wódką wrzucają jakiegoś skorpiona, żmiję lub innego węża albo innego ohydnie wyglądającego stwora. Ładnie wyglądać może to w przeszklonym barku ale nadaje się do picia chyba tylko dla mocno zdesperowanych…albo koneserów. Wioska żyje z handlu nie tylko lokalnym 50% alkoholem, ale również tkanymi w warsztatach we wsi szalami i ubraniami. Po kolejnych 20 minutach płynięcia łodzią dobiliśmy do wysokiej skały, w której znajduje się grota wypełniona setkami figurek Buddy. Są to tzw. jaskinie Ou. Jedna znajduje się kilkadziesiąt metrów nad ziemią, do drugiej trzeba się wspiąć 250 stopni w górę. Jest większa, ale mniej okazała, ma za to przepięknie rzeźbioną starą bramę wejściową. Rejs powrotny do miasteczka Luang Prabang po spokojnych wodach Mekongu był bardzo monotonny i głowy nam się kiwały na boki ze zmęczenia. Justyna na pożegnanie z Laosem udała się na godzinną aromoterapię w ekskluzywnym Spa Garden gdzie poddała się nacieraniu wonnymi olejkami i delikatnym, relaksującym masażom. My ze Zbyszkiem żegnaliśmy się z Mekongiem spoglądając na jej wody przy butelce zimnego Lao. Jutro czeka nas dzień bez specjalnych atrakcji, przemieszczamy się i w południe lecimy do Hanoi. Przygoda z Laosem dobiega końca. Piękny kraj, przyjazny, z fantastycznym jedzeniem, polecam wszystkim ciekawych świata.

Bardzo fajny zwyczaj jaki zaobserwowaliśmy w Laosie to pozostawianie obuwia na zewnątrz domu. Jest to możliwe dlatego, że po pierwsze jest tam non-stop ciepło i stopy nie marzną, po drugie bardzo dbają o czystość i podłogi są sterylnie czyste, po trzecie zaś podłogi są wykonane albo z dużych płytek ceramicznych, albo bardzo często z drewnianych lakierowanych desek. Nie dość, że wygląda to elegancko i przytulnie to fajnie się chodzi gołymi stopami po takim podłożu. Nie ważne czy w stolicy Laosu czy na prowincji, nie ważne czy hotel był parterowy czy piętrowy zawsze buty zostawały na zewnątrz. Na noc również. Dziś w Luang Prabang wychodziliśmy na śniadanie a Zbyszek szuka na chodniku przed hotelem swoich gumowych niebieskich klapek. Zniknęły. Dziwne bardzo, bo w Laosie mało co ginie, a co dopiero jakieś używane proste wsuwane klapki. Konsternacja, gość z hotelu się przejął, szukał wokół hotelu, naraz patrzymy a obok budynku kilku facetów układa stoły na jakąś imprezę. Jeden z nich, jakby nigdy nic, paradował w niebieskich klapkach. Pokazujemy, że założył Zbycha klapki. On bez wzruszenia jak gdyby nigdy nic, zsunął buty i wrócił do pracy. Ale na tym nie koniec. Zbyszek zostawił odzyskane klapki przed hotelem, bo szliśmy na śniadanie, postanowił wrócić po nie później i je dokładnie wyszorować. Kiedy przyszedł po godzinie, w jego niebieskich klapkach paradował tym razem gość z recepcji hotelu. Wygląda więc na to, że obuwie noszone przez Zbyszka jest bardzo popularne w Laosie 🙂

Podstawowymi zwrotami, które bardzo przydają się w Laosie oraz powodują uśmiech na twarzy rozmówców to powitanie „sabaai dii” oraz dziękuję czyli „khawp jai” (wymawia się kopczaj). Wymawia się dziennie te zwroty kilkadziesiąt jeśli nie kilkaset razy. Laotańczycy są bardzo uprzejmi, kłaniają się, uśmiechają, składają ręce razem, widać buddyjskie wychowanie. W Wietnamie już tego nie ma. Przynajmniej nie w Hanoi na porządku dziennym. Tu panuje chaos, harmider, zgiełk, Laos był dla odmiany oazą spokoju. W Polsce wydarzyła się wielka tragedia. Ale w Azji mało kto o tym wie. Dla laotańskiego kelnera ważniejsze były zamieszki w Tajlandii i starcia „czerwonych koszul” z wojskami rządowymi. To pokazuje, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Skoro jestem przy kelnerze a blog ma w nazwie smaki, trzeba wspomnieć o kuchni. Jest znakomita. Jedliśmy np. Laap, tradycyjną potrawę laotańską. Jest to drobno zmielone mięso kurczaka, wołowe lub wieprzowe z posiekaną bazylią, czosnkiem, miętą, sokiem limonkowym i innym przyprawami. Jest lekko wilgotne, podawane na ciepło. Można jeść z białym ryżem. Ryż podawany jest albo gotowany na parze albo tzw. bardzo popularny sticky rice. Podaje się go w bambusowych koszyczkach z pokrywką. Co ciekawe każde ziarenko jest co prawda oddzielnie, ale całość jest bardzo klejąca. Trudno nabrać taki ryż widelcem czy pałeczkami. Trzeba go brać palcami i formować w kulkę a potem dopiero maczać w jakimś sosie. Zamówiliśmy też kiedyś sałatkę z papaji. Oczekiwaliśmy owocu pomarańczowego i znajomego smaku. Tymczasem przypominało to widokiem posiekaną białą cebulę, z kawałkami pomidorów. W smaku było łagodne i chrupkie w jakiejś marynacie o smaku limonki i czosnku. Okazało się, że sałatka jest z tzw. zielonej papaji. Było to nader smaczne. Najbardziej chyba popularnym daniem jest jednak noodle soup, czyli odpowiednik naszego rosołu. Laotańczycy jadają ją na śniadanie, obiad i kolację. Robią znakomite smażone ryby, wyśmienity ryż z dodatkami, zapiekane pierożki w cieście z mielonym mięsem i np. trawą cytrynową. Żeby nie było, że jedynym płynem jaki przyjmujemy jest piwo Lao, co można wywnioskować z powyższego opisu, uprzejmie informuję, że pijamy bardzo często soki ze świeżych limonek oraz mleczko kokosowe. I żeby nie było, że tylko Laotańczycy świetnie gotują, wietnamska kuchnia jest równie genialna.

Właśnie wróciliśmy z kolacji w knajpie w Hanoi. Kalmary smażone w cieście na głębokim tłuszczu w sosie ananasowym to było coś cudownie pysznego. Jeśli chodzi o ceny, to piwo w knajpie w Laosie kosztuje około 8.000-10.000 Kip (3 PLN) za butelkę 640 ml. Śniadanie składające się omletu, dużej bagietki i kawy można zjeść za około 20.000 Kip (7 PLN), główne danie obiadowe kosztuje od 20.000-50.000Kip (7-18 PLN). Talerz przepysznych pierożków dim sum, o których wspominałem, kosztował 10.000 Kip (3 PLN). Niemniej jednak ceny w Laosie, w ślad za cywilizacyjnym rozwojem państwa idą w górę z roku na rok. Ceny podane w przewodniku Lonely Planet, wydanie z września 2009, są już mocno nieaktualne. Dla przykładu cena biletu do świątyni podana w przewodniku wynosi 10.000 Kip, w rzeczywistości wrosła już o 100% i wynosi 20.000 Kip. Ceny hoteli rosną a ludzie zajmujący się turystyką, wiedzą, że można coraz więcej zarobić na wycieczkach. Myślę, że za kilka lat Laos, podobnie jak i Kambodża będą zbliżone cenowo do sąsiadującej, rozwiniętej turystycznie Tajlandii. Jutro ruszamy z samego rana na trzydniowy rejs po zatoce Halong. Prognozy pogody nie są zachęcające, ale jesteśmy dobrej myśli. Dziś jak przylecieliśmy do Hanoi o 16-tej, temperatura w mieście wynosiła 28 stopni i świeciło słońce.

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o

0