Hiszpania 2018

Podróże bliskie i dalekie

Hiszpania - Andaluzja, czerwiec 2018

Hiszpania, południe Europy, plaże, słońce, wino, oliwa i paella ? Polecieliśmy na wakacje do Andaluzji. Jeszcze przed rozpoczęciem głównego sezonu. Żeby uniknąć upałów oraz wysokich cen, które w sezonie są 3 krotnie wyższe niż w czerwcu. Wiosna 2018 roku w Polsce  była nadspodziewanie gorąca, temperatury przekraczały 30 stopni Celciusza, w mieście żar nie do wytrzymania, deszczu nie uświadczysz. W Polsce deszcz jak na złość zaczyna lać w czasie wakacji, lipiec, sierpień, kiedy ludzie jadą nad morze. W Andaluzji, szczególnie na wybrzeżu Costa de Almeria, deszczu nie uświadczysz tak łatwo. To najbardziej sucha część półwyspu iberyjskiego  i miejsce z najmniejszą ilością opadów w całej Europie. Jest tu też największe nasłonecznienie w całej Hiszpanii. Wydawałoby się raj. Pora rozprawić się z kilkoma mitami na temat Hiszpanii, które miałem gdzieś zawsze w tyle głowy, przynajmniej jeśli chodzi o Andaluzję, gdzie mieliśmy przyjemność spędzić 2 tygodnie. Z czym kojarzy się  Hiszpania ? Z pięknymi nadmorskimi plażami. Kto spodziewa się w Andaluzji  szerokich, skąpanych w słońcu plaż z drobnym żółto białym piaskiem i szpalerem palm schodzących do wody, może się srodze zawieść.

Roquetas de Mar

Plaże owszem są, jest ich bardzo wiele, niektóre ciągną się wiele kilometrów, jak np. ta w Roquetas de Mar, gdzie spędzaliśmy wakacje, ale w przeważającej części są one żwirowo kamieniste, ciemnego koloru. Palmy są ręcznie nasadzane w typowo turystycznych miejscowościach lub w pobliżu hoteli. Owszem, występują również plaże piaszczyste, ale są dość rzadkie i dotarcie do nich wymaga zboczenia z głównych szlaków turystycznych. Takie plaże znaleźliśmy np. na półwyspie Cabo de Gata. Niemniej jednak jakbym miał porównywać jakość plaż, zwłaszcza piasku, w Andaluzji z naszymi bałtyckimi, to nasze są zdecydowanie przyjemniejsze. Plusem na rzecz hiszpańskich plaż jest urozmaicony pas brzegowy, zatoczki, skałki, klify, czego na polskim wybrzeżu brak. Woda w morzu opływającym Andaluzję była w czerwcu 2018 r. cholernie zimna. Szczerze, do tak zimnej wody jeszcze nie zdarzało mi się wchodzić na wakacjach. Jak przeczytałem w przewodniku, nie jest to żadną anomalią i zaleca się wręcz używanie pianek do kąpieli przez cały rok w okolicach Cabo de Gata jeśli ktoś planuje dłuższe przebywanie w wodzie. W szczycie sezonu, w sierpniu,  temperatura morza może się podnieść o kilka stopni ale generalnie w tym regionie Hiszpanii nie należy nigdy spodziewać się ciepłego morza. Słońce świeci zawsze od rana do wieczora, popołudniami wieje silny wiatr od lądu. Dzięki temu nie odczuwa się tak dotkliwie upałów, nawet jeśli słońce mocno grzeje. Reasumując jest to fajny wypoczynkowy region, jeśli ktoś lubi się poopalać na kamienistej plaży, żeby nie pobrudzić wszędobylskim piaskiem, bądź nad basenem. Bardzo dobry, półpustynny, suchy klimat. Co ważne bez żadnego robactwa, muszek, komarów, etc. Ci poszukujący ciepłej wody w morzu i piaszczystych plaż powinni poszukać innego kierunku na wakacje.

Z czym jeszcze kojarzy się Hiszpania ? Z drzewami oliwnymi, stokami porośniętymi winoroślami, uprawami pomidorów i papryki, sadami drzew pomarańczowych. Nic bardziej mylnego jeśli mamy na myśli prowincję Almerii. Żeby zobaczyć drzewa oliwne i sady owocowe należy odjechać dobrych kilkadziesiąt kilometrów w głąb lądu. Wybrzeże Almerii pokrywa…morze plastiku. Mar de plastico, jak mawiają sami Hiszpanie to setki hektarów upraw szklarniowych pokrytych półprzezroczystymi płachtami polietylenu. Wysokie na około 2-3 metry plastikowe szklarnie opasane mocno linami, żeby wiatr ich nie porwał ciągną się wzdłuż autostrad, lokalnych dróg, zajmują każda wolną, płaską powierzchnię wzdłuż wybrzeża. Białe polietylenowe szklarnie dochodzą bezpośrednio do miasteczek stykając się z budynkami usługowymi i mieszkalnymi. Wewnątrz plastikowych tuneli uprawiane są warzywa, głównie pomidory, ogórki, papryka, bakłażany. Nawadniane są metodą kropelkową. Polietylen chroni warzywa przed intensywnym słońcem, jednocześnie wewnątrz dzięki automatycznemu skraplaniu panuje idealna wilgotność. Takie warunki panują tu przez okrągły rok, warzywa dojrzewają bez żadnych przeszkód na okrągło odpowiednio do swojego cyklu upraw. Zatem z punktu widzenia agronomicznego mamy tu świetnie rozwinięty przemysł rolniczy na gigantyczną skalę. Warzywa z Almerii jada pewnie pół Europy. Z punktu widzenia turystycznego koszmar – wakacje w morzu plastiku. Nic dziwnego, że inne regiony Hiszpanii cieszą się większym zainteresowaniem. Oczywiście tym turystom, którzy wykupują najtańszą ofertę last minute i przyjeżdżają do hotelu gdzie spędzają tydzień nad basenem, takie widoki, kilka przecznic dalej nie robią żadnej różnicy. Z hotelu się tego nie widzi i nie czuje. Palma nad leżakiem, orzeźwiająca woda w basenie, zimne piwo w dłoni, czego chcieć więcej?

W każdym bądź razie, pewne moje wyobrażenie Hiszpanii, być może naiwne, z gajami oliwnymi i sadami pomarańczowymi legło w gruzach. Jak wspomniałem Andaluzja, zwłaszcza na wybrzeżu, to suchy region, klimat półpustynny, zatem i widoki są odpowiednie. Karłowata, wyschnięta roślinność, trawy, nagie skały, piasek, wszystko w odcieniach żółci, brązu i czerwieni. Drzew dziko rosnących jak na lekarstwo. Kilkadziesiąt kilometrów na północ od Almerii występuje pustynia Tabernas. Widoki niczym z północnej Afryki. Nic dziwnego, że w VIII w. Maurom tak spodobały się te tereny, że podbili nie tylko dzisiejszą Andaluzję ale i cały półwysep iberyjski. Setki lat panowania nad tymi terenami zaowocowało wspaniałymi pozostałościami po kulturze Maurów. W większości miast Andaluzji można odnaleźć lepiej lub gorzej zachowane ruiny arabskich pałaców i zamków obronnych – Alcazaby. Wspaniałe zabytki przetrwały między innymi w dawnym mauretańskim kalifacie Grenady – w tym znany na całym świecie, wpisany na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO – pałac kalifów w Alhambrze. I właśnie, żeby podziwiać takie widoki warto przyjechać na wakacje do Andaluzji nazywanej przez Arabów w średniowieczu Al Andaluz.

Pierwsze dwa dni poświęciliśmy na aklimatyzację w naszej miejscowości. Większość czasu spędziliśmy na basenie, gdzie system zjeżdżalni stanowił największa atrakcję. Ubawiłem się na nich z synami jakbym był 20 lat młodszy. Świetna opcja. Jedzenie w hotelu dość przeciętne, średni wybór, można się smacznie najeść, ale bez żadnych ekstrawagancji. Najmilej wspominam szynkę serrano i smażone na kolację warzywa z grilla oraz zupę gazpacho. Mieliśmy porównanie od pierwszego dnia, bo zaraz po przylocie i zakwaterowaniu się w hotelu poszliśmy do restauracji nad morzem coś zjeść. Wiedzieliśmy więc, jak smakuje ryba i piwo w knajpie a jak na kolacji w hotelu. Jak większość turystów mieliśmy opcję half-board, śniadanie bufet i kolacja lub obiad do wyboru też w formie bufetu. Napoje dodatkowo płatne. Dziwna sprawa, ale pierwszego wieczoru zamówiliśmy sobie do hotelowej kolacji czerwone wino, które kelnerka przyniosła nam…zimne, jakby wyjęte prosto z lodówki. Pełni podejrzliwości na drugą kolację zaryzykowaliśmy więc po prostu piwo, żeby uniknąć picia zimnego czerwonego wina. Butelkowane piwo Cruzcampo. Było fatalne. Do końca wyjazdu nie korzystaliśmy z alkoholi do kolacji w hotelu. Zamawialiśmy za to litrową butelkę wody źródlanej marki Lanjaron. I tu rzeczywiście wyrazy uznania. Woda tej marki jest przepyszna. Kupowaliśmy ją też w sklepach podczas naszych podróży po Andaluzji. Produkowana i butelkowana jest w miejscowości Lanjaron u podnóża gór Sierra Nevada.

Ciekawostka zaobserwowana podczas posiłków w naszym hotelu. Niedaleko nas w restauracji siadały zawsze razem 2 polskie pary, ludzie z południa sądząc po akcencie. Na oko w wieku 50-60 lat. Ponieważ na śniadanie, napoje w tym herbaty, kawy, soki, ale także białe wino musujące Cava („lokalny szampan”) było w cenie, więc zauważyliśmy, że owa czwórka codziennie bierze sobie rano lampkę szampana. Wielki świat, szampan do jajecznicy, szacun, pewnie jacyś koneserzy win. Tymczasem wieczorami na kolacji, kiedy już napoje nie były wliczone w cenę, owi państwo spożywali posiłki na sucho, nawet bez wody. Inne polskie młode małżeństwo z dziewczynką około 10 lat, codziennie robiło kanapki na śniadaniu, zawijało w serwetki i jak kelnerzy nie patrzyli chowali do toreb pod stołem. Potem widzieliśmy ich na basenie w ciągu dnia, jak wyciągali bez żenady wykradzione ze stołówki kanapki, herbatniki, pudełeczka z dżemem i pastą czekoladową i to jedli. Myślałem, że praktyki wypracowane podczas ciężkich lat PRLu już dawno minęły, ale jak widać tradycja w narodzie pozostała żywa.

Nasz hotel miał bardzo dobrą lokalizację bezpośrednio przy plaży i bardzo fajną infrastrukturę basenowo ogrodową. Pod tym względem gorąco polecam ten hotel. Dużo basenów, dużo leżaków, no i wspomniane zjeżdżalnie. Okolica typowo turystyczna, inne hotele oraz pasaż z wieloma sklepami, restauracjami, kawiarniami. Dużo miejsc parkingowych co ważne, jeśli chce się wypożyczyć samochód. W Roquetas jest oddział tylko jednej wypożyczalni aut – Europcar. W hotelach można pewnie przez agencję skorzystać również z innych wypożyczalni, ale ceny są dużo wyższe. Największy wybór z najtańszymi ofertami wynajmu aut jest na lotnisku w Almerii ale to dobre 40 km. stąd. Samochód zarezerwowałem miesiąc wcześniej przez jednego z internetowych pośredników w wynajmie aut. Dostarczane było teoretycznie przez firmę Keddy, która w rzeczywistości jest submarką Europcar. Koszt 215 EUR za 8 dni z pełnym ubezpieczeniem.

Guadix

VW Polo odebraliśmy rano w punkcie Europcar, w centrum Roquetas de Mar, zaraz po otwarciu biura o 9:30 i ruszyliśmy na pierwszą wycieczkę do Guadix. Miasto jest niewielkie, ale ma długoletnią historię sięgającą do czasów imperium Rzymskiego. Żadne jednak pozostałości z epoki Juliusza Cezara nie przetrwały do dnia dzisiejszego. Punktem centralnym miasteczka jest piękna katedra de la Incarnacion z XVI w, łącząca kilka stylów architektonicznych, gotyk, renesans i barokową fasadę. Wokół katedry z czerwonego piaskowca, znajdziemy uliczki starego miasta m.in. z przepięknym, wybudowanym w stylu renesansowym, Plaza de la Constitucion, gdzie mieści się dziś ratusz miasta a także informacja turystyczna i małe muzeum. Było to jedyne miejsce, gdzie znaleźliśmy miejsce do zaparkowania samochodu. Kilka uliczek od katedry, na wzniesieniu stoją mury Alcazaby w Guadix. Niestety, fortyfikacja w czasie naszego pobytu była zamknięta na czas nieokreślony ze względu na stan techniczny zagrażający zwiedzającym. Wydaje się, że obiekt czeka długa renowacja. Samo miasteczko, choć ładne, pewnie nie różni się od wielu innych podbnych miast Andaluzji.

Powodem, dla którego przyciąga turystów, są domy i jaskinie wydrążone w wapiennych skałach otaczających miasto. Barrio de Cuevas, bo tak nazywa się dzielnica Guadix z zamieszkałymi jaskiniami to pagórkowaty teren na wzniesieniu, z powierzchni którego wystają bielone ściany domów i kominy. Podobno takich domów wykutych w skałach, znajdujących się częściowo lub całkowicie pod ziemią jest tu ponad 2 tysiące. Te wśród popularnych szlaków turystycznych są pięknie wykończone, udekorowane kwiatami. Przypuszcza się, że domostwa powstały w czasach średniowiecza a pierwszymi mieszkańcami mogli być Maurowie, chroniący się przed najazdem katolickich wojsk Ferdynanda i Izabeli. Jeśli tak, to są to pewnie jedne z najdłużej zamieszkałych domostw na świecie. Dzisiaj bowiem życie w jaskiniach tętni w najlepsze i są to w pełni funkcjonalne przestrzenie. Mieliśmy okazję wejść do jednego z domów zaproszeni przez jego właściciela. Kilka pokoi, wszystkie z bielonym łukowym sufitem, duży salon, z długim stołem, gotowy pomieścić kilkanaście osób, kuchnia, sypialnia, łazienka, wszystko co trzeba. Jest prąd, bieżąca woda, telewizja, internet. Jedyne czego brakuje to okien. Cały dom był wydrążony w pagórku. Panował w środku przyjemny chłód w porównaniu z upałem na zewnątrz. To jeden z powodów, dlaczego ludzie tak chwalą sobie życie w jaskiniach. W upalne lato w pomieszczeniach mają przyjemny chłód, natomiast w zimie nie potrzebują grzejników, temperatura wewnątrz przez cały rok jest bardzo podobna. Naprzeciwko kościółka Ermita Nueva znajduje się muzeum, gdzie za opłatą można zwiedzić taki kilku pokojowy dom, ale można również skorzystać z licznych zaproszeń od indywidualnych właścicieli, którzy co prawda nie żądają zapłaty za wizytę, mają jednak zazwyczaj przy wejściu całkiem spory sklepik z pamiątkami i w zamian za wizytę warto kupić symbolicznie jakiś drobiazg, chociażby magnes na lodówkę. Niedaleko tego samego kościółka jest wzniesienie, na które prowadzą schodki. Ze szczytu jest punkt widokowy na dzielnice Barrio de Cuevas , ale także na całe Guadix z wyróżniającą się katedrą i wieżą Alcazaby. Jest tam też metalowy fotel reżyserski.

Mieszkańcy Guadix wymyślili sobie sposób na promowanie swojego miasta poprzez kinematografię. Jako, że kilku reżyserów skorzystało z walorów widokowych miasta przy okazji kręcenia swoich obrazów, włodarze miasta dokładnie oznakowali miejsca, gdzie kręcone były sceny i je opisali. Takie pomniki – fotele reżyserskie znajdziemy w kilku miejscach Guadix a przed katedrą de la Incarnacion jest mapa miasta z zaznaczonymi punktami, gdzie padały klapsy filmowe i nazwami filmów. Najbardziej znane obrazy to rzecz jasna western „Za kilka dolarów więcej” oraz „Ostatnia krucjata” Indiana Jonesa. Mimo, że od premier filmów minęło nawet kilkadziesiąt lat, z plakatów w Guadix nadal spoglądają na nas Clint Eastwood i Harrison Ford.

Alcazaba Almeria

Ruszyliśmy w drogę powrotną na wybrzeże. Droga to około 130 km. Andaluzja opleciona jest siecią znakomitych autostrad, co ważne bezpłatnych. Korki napotkaliśmy jednie podczas przejazdu przez Malagę kilka dni później. Było wczesne popołudnie i wjechaliśmy do Almerii, stolicy prowincji. Miasto położone jest dość spektakularnie w dole nad morzem otoczone bardzo wysokimi wzgórzami. Góry są nagie, skaliste, w odcieniach brązu i żółci, bez śladu zielonej roślinności. Typowy widok dla pustynnego klimatu. Almeria była ważnym portem już dla Fenicjan i Greków. Do dziś pozostaje bardzo ważnym portem handlowym który zajmuje większą część nabrzeża miasta. Najważniejszym zabytkiem w Almerii jest pięknie umiejscowiona na wzniesieniu, Alcazaba, druga największa tego typu fortyfikacja arabska w całej Hiszpanii. Wybudowana przez Maurów w X w. potem rozbudowywana przez królów katolickich. Przetrwała do dzisiejszych czasów w całkiem niezłym stanie. Wejście do fortecy nie rzuca się w oczy. Odchodzi od wąskiej ulicy okalającej cały obiekt w dzielnicy niskich, dwupiętrowych raczej biednie wyglądających domków. Dojazd do niego może być o tyle problematyczny, że miasto Almeria, jak większość historycznych miast Hiszpanii ma wąską zabudowę a uliczki są jednokierunkowe. Przebrnąć przez labirynt jednokierunkowych uliczek, czasem niewiele szerszych niż sam samochód, może być nie lada wyzwaniem.

Forteca ma imponujące i świetnie zachowane wysokie mury zewnętrzne, zaraz po przekroczeniu głównej bramy wejściowej wkracza się na rozległy dziedziniec z ogrodami. Szkoda, że nie wszystkie fontanny i cieki wodne były czynne. Musiałoby to wyglądać naprawdę zjawiskowo, gdyby wszystkie rozwiązania arabskich architektów funkcjonowały zgodnie ze średniowiecznymi planami. Z rozległych ogrodów przechodzi się wyżej do kolejnej części fortyfikacji. Chronią ją kolejne wysokie mury z basztami. Centralnie, na murach, znajduje się dzwon umieszczony wewnątrz kamiennego łuku. Służył do alarmowania ludności o zbliżającym się niebezpieczeństwie i wzywał wszystkich do schronienia wewnątrz murów. Tu znajdowały się pomieszczenia gospodarcze, łaźnie, koszary wojskowe, cysterny z wodą i meczet. Z większości budowli zostały niestety ruiny. Najwyższy trzeci rząd umocnień stanowi cytadela otoczony murem z blankami. To najnowsza część Alcazaby wybudowana już przez hiszpańskich władców. W wieżach ustawione są armaty, które spoglądają na miasto w dole. Rozległy teren, piękna lokalizacja, dobrze zachowane ruiny fortyfikacji i bezpłatny wstęp zachęcają do obowiązkowej wizyty w tym miejscu. Jakżeby inaczej również to miejsce było tłem do kręcenia filmów, w tym nieodłącznego Indiany Jonesa. W upalny dzień taka wycieczka potrafi jednak wytopić z turysty litry potu. Na mrożoną kawę zjechaliśmy w dół do miasta i zatrzymaliśmy się przy głównej alei miasta imienia Federico Garcii Lorci. Biegnie wzdłuż całego miasta prostopadle do nabrzeża. Środkiem prowadzi deptak ocieniony drzewami, a po obu stronach biegną trzypasmowe jezdnie. Od alei odchodzi słynna Paseo de Almeria gdzie rozlokowały się liczne kawiarnie i restauracje oraz sklepy. Jest tu chłodno i przyjemnie w odróżnieniu od skąpanej w słońcu Alcazaby. Jedyny minus w restauracjach i kawiarniach hiszpańskich jest taki, że nie ma zakazu palenia papierosów. Tubylcy kopcą śmierdzące papierosy na każdym kroku.

Pierwszy dzień zwiedzania pozwolił nam zapoznać się z samochodem i poruszaniem po drogach w Andaluzji. Kolejnego czekał nas wyjazd do Grenady i wizyta w miejscu, na które najbardziej ostrzyliśmy sobie zęby, czyli w Alhambrze. Wyjechaliśmy z hotelu rano o 8:00 zaraz po śniadaniu, tzw. desayuno temprano co oznacza tylko tyle, że wpuszczona nas pół godziny wcześniej do restauracji hotelowej. Przygotowując sobie przed wyjazdem wstępny zarys wycieczek, które chcemy zrobić, nie wziąłem pod uwagę, że tryb życia Hiszpanów różni się od reszty świata. Tutaj się późno wstaje i późno kładzie spać. Tryb funkcjonowania dziennego jest jakby przesunięty o 2 godziny. Planując sobie w domu, odległy wyjazd na wycieczkę w Hiszpanii, czasem kilkuset kilometrową, zakładałem, że będziemy musieli np. wstać o szóstej, szybko zjeść śniadanie i opuścić hotel przed siódmą. Bez szans. Nasz hotel zakładał, że śniadania są wydawane w godzinach 8:00-10:00. Kolacje natomiast 20:00 – 22:30. Taki tryb życia ma swoje konsekwencje. Pozytywne są takie, że nikomu nie spieszy się rano na basen czy plażę i łatwo nawet o dziesiątej o fajne miejsce nad wodą. Negatywne konsekwencje to m.in. kłopot z wcześniejszym opuszczeniem hotelu bez śniadania, co w sumie nie jest jeszcze żadną tragedią.

Gorzej jeśli ktoś wybrał się na wakacje do Hiszpanii żeby wypocząć. Zaraz, a to nie wszyscy taki mają zamiar? No więc właśnie, hmmm…. Niektórzy wypoczywają w ciszy inni wręcz przeciwnie. Rezerwując hotel kilkakrotnie prosiłem o pokoje w cichej części hotelowej. Biorąc pod uwagę, że przez ponad tydzień zakładałem intensywne zwiedzanie i jazdę samochodem codziennie po kilkaset kilometrów, miałem nadzieję, że w nocy się wyśpię. Hiszpanie zaczynają życie nocne po 22-giej i bawią się do rana. Biuro podróży, mimo moich próśb, załatwiło nam pokoje prosto nad knajpą, która o 22:30 zaczynała wieczór z muzyką na żywo. Bar był w tym samym budynku co hotel, dodatkowo, naprzeciw stał inny budynek więc wytworzył się wąski wąwóz na dole którego, przy deptaku grał zespół do 1 w nocy. Mimo zamkniętych okien i zatyczek w uszach muzyka dudniła jakby grali w pokoju obok. Nie do zniesienia. Chyba, że ktoś przyjechał na wakacje się bawić i spędzać noce na imprezowaniu. Rozumiem to, szanuję, wszystko jest dla ludzi, tylko, że ja prosiłem o zupełnie inne warunki zakwaterowania. Na szczęście po telefonie do rezydentki i rozmowie w recepcji, następnego dnia zmieniono nam pokoje na drugą, znacznie cichszą część hotelu. Jak widać można, tylko trzeba włożyć minimum wysiłku, żeby klient był zadowolony.

Alhambra & Grenada

W każdym bądź razie z samego rana ruszyliśmy do Grenady. Był czwartek 31 maja – święto Bożego Ciała. Droga autostradą, około 160 km. Dojechaliśmy na parking przed Alhambrą 20 minut przed dziesiątą. Tak, po autostradach w Andaluzji jeździ się świetnie i nawet duże odległości nie są problemem. Wejścia do kompleksu warowno-pałacowego Alahambra są dwa. Jedno od strony miasta, przez Puerto de la Justicia i drugie od strony południowo wschodniej przez główne wejście przy kasach biletowych. Tutaj też, przy głównym wejściu zlokalizowane są parkingi dla samochodów. Ponieważ dotarliśmy jeszcze relatywnie wcześnie bez trudu znaleźliśmy miejsce parkingowe blisko wejścia. Na miejscu kłębił się już spory tłumek, kasy biletowe otwierane są o godz. 8 rano. Problem z wizytą w Alhambrze polega na tym, że do najważniejszego obiektu w tym kompleksie, czyli do pałacu Nasrydów, jest limitowana ilość wejść dziennie. Wejściówki wystawiane są na konkretną godzinę i jeśli przeoczy się swój termin to bilety przepadają. Chętnych do zobaczenia pomieszczeń pałacowych władców z rodu Nasrydów są dziennie tysiące a grupy wpuszczane raz na pół godziny liczą zaledwie około 100 osób. Zatem przybywając rano pod kasę biletową dopiero z zamiarem kupienia wejściówki do pałacu można zostać odprawionym z kwitkiem. W sezonie turystycznym wejściówki wyprzedawane są na kilka dni naprzód. My skorzystaliśmy z opcji kupna przez internet. Tu też trzeba uważać, bo wiele biur podróży reklamuje na swoich stronach kupno biletów, ale warto się wczytać, bo są to pośrednicy, którzy sprzedają wycieczki z dodatkowymi usługami, czasem kilkakrotnie droższe od oficjalnych. Oficjalna strona to https://tickets.alhambra-patronato.es/en/. Bilet dla osoby dorosłej kosztował 14.85 EUR, dla nastolatka z kartą ISIC 9.54 EUR a dla dziecka poniżej 12 lat był free. (ceny zawierają niewielką opłatę za sprzedaż internetową z wyprzedzeniem). Na dogodny przedpołudniowy termin zwiedzania pałacu Nasrydów musiałem polować kilka dni aż wreszcie pojawiły się wolne wejściówki na 11:30. Kupiłem je online 10 dni przed wyjazdem do Hiszpanii. Ponieważ nasze bilety posiadały zniżki dla dzieci, konieczny jest osobisty odbiór właściwych biletów w kasach biletowych.

W pierwszej kolejności udaliśmy się do ogrodów Gardenlife. To teren przepastnych ogrodów, oddzielony od samej Alhambry i poza granicami jej murów. Gardenlife i Alhambra leżą właściwie obok siebie, przedziela je tylko głęboki wąwóz. W każdym razie z okien pałacu Nasrydów w Alhambrze widać ogrody po drugiej stronie wąwozu a z letniego pałacu w Gardenlife widać w całej okazałości Alhambre. Miejsce centralne ogrodów stanowił letni pałac Generalife, wypoczynkowa rezydencja emirów Grenady. Dziś w pałacu można podziwiać nieliczne komnaty, niemniej jednak pięknie rzeźbione o ażurowej, lekkiej konstrukcji. Na uwagę zasługuje Patio de la Acequia, ogród z fontannami wzdłuż długiego basenu, od strony Alhambry zamknięty łukowymi podcieniami. Do pałacu dochodzi się wzdłuż ogrodu różanego, poprzecinanego labiryntem gęstych żywopłotów. Tworzą one odrębne dziedzińce z fontannami, basenami, ławeczkami. Alejki przebiegają pod łukami różanych krzewów. Nad glowami szumią wysokie cyprysy. W ogrodach na wyższym poziomie nadal dominują krzewy pięknych róż, ale są i drzewa pomarańczowe. Idylla, piękna natura, cudowny krajobraz. Arabscy władcy kalifatu Grenady wiedzieli jak wypoczywać i oddawać się rozmyślaniom. Niestety nie sposób dziś pójść w ich ślady. Tłumy turystów, nam akurat trafiła się duża grupa Chińczyków robiących sobie zdjęcia tabletami, są w stanie skutecznie sprowadzić błądzącego w chmurach na ziemię. Obejście ogrodów Gardenlife zajęło nam godzinę.

Wróciliśmy do punktu wyjścia niedaleko wejścia głównego, aby wkroczyć do Alhambry – Czerwonej Twierdzy. Mury Alhambry obejmowały zarówno pałac Nasrydów, jak i twierdzę obronną – Alcazabę a także miasteczko mieszkalne wewnątrz – Medine, pałace możnowładców, meczet i koszary. Był to wielki, samowystarczalny kompleks warowno-pałacowo-mieszkalny. Dziś najważniejsze obiekty do podziwiania wewnątrz murów Alhambry to: Pałac Nasrydów, Pałac Karola V, Alcazaba, Brama Wina. Droga do tych obiektów prowadzi przez ogrody, na terenie których niegdyś funkcjonowało miasto – medina – wewnątrz murów. Są tu obecnie m.in. 2 hotele dla tych, którzy chcą spędzić noc w średniowiecznej warowni. Inne zabudowania mieszczą sklepy z pamiątkami, kawiarnie, restauracje i galerie sztuki. Do Alcazaby przechodzi się pod Bramą Win (Puerta del Vino), czworokątnym budynkiem z pięknie zdobionym łukowym przejściem. Nazwa, jak łatwo przypuszczać, wzięła się od składu win w przepastnych piwnicach za czasów panowania katolickich królów. Chwilę potem ukazuje nam się front warowni, której początki istnienia datuje się nawet na czasy rzymskie w IX w. aczkolwiek swój obecny kształt, rozbudowę i świetność zawdzięcza panowaniu emiratu Grenady w XIII w. Od strony wejścia dominują dwie czworokątne wieże z blankami. Po przekroczeniu bramy wejściowej dochodzimy na rozległe podwórze- tzw. Plaza de Armas. Z zabudowań, które się tu mieściły, czyli koszar niestety zachowały się tylko ruiny. Można jednak użyć wyobraźni i zobrazować sobie jak mogło kilkaset lat wcześniej wyglądać funkcjonowanie tej cytadeli. Podwójny system murów okalających twierdzę jest w świetnym stanie.  Można się wdrapać na umocnienia skąd rozpościera się piękny widok na Grenadę. Najlepszy punkt obserwacyjny to wieża Vela (Torre de la Vela). Czworobok o 16 metrowych ścianach i wysokości prawie 27 metrów. Na szczyt dostaniemy się schodami wewnątrz wieży. Umieszczony jest tu dzwon, podobny do tego, który mieliśmy okazje zobaczyć na murach Alcazaby w Almerii. Miał identyczne znaczenie, jego dźwięk ostrzegał okoliczną ludność przed niebezpieczeństwem, ale również o określonych porach dnia informował rolników o konieczności nawadniania pól. Z wieży Vela widać nie tylko Grenadę z katedrą w punkcie centralnym, ogrody z pałacem letnim w Gardenlife ale również ośnieżone szczyty Sierra Nevada. Obejście fortyfikacji w Alcazabie zajmuje około ½ godziny.

Najważniejszym obiektem do zwiedzania w Alhambrze jest bez wątpienia pałac Nasrydów. Jak wspominałem wejść można tylko z biletem na określoną godzinę. Wejście znajduje się pomiędzy Alcazabą a pałacem Karola V. Nie sposób go przeoczyć bo już kwadrans przed godziną wejścia tworzy się na zewnątrz kolejka. Kompleks pałacowy składa się z trzech połączonych acz niezależnych obszarów. Każdy miał inne przeznaczenie. Pierwszy, Mexuar to pomieszczenia, gdzie władcy odbywali oficjalne audiencje a także Emir wydawał wyroki. Drugi obszar to Pałac Comares – (Palacio de Comares), który stanowił oficjalną rezydencję władcy. Stanowi przykład typowej arabskiej architektury. Tymczasem trzeci z obszarów – Pałac Lwów (Palacio de los Leones) – prywatne apartamenty oraz harem, posiadają w swojej architekturze również ślady naleciałości chrześcijańskich. Kompleks pałacowy powstał w XIII i XIV w. za panowania dynastii Nasrydów. W 1333 r. Alhambra została ustanowiona królewską siedzibą sułtana GrenadyYusufa I. On oraz jego syn Muhammad V są odpowiedzialni za wygląd kompleksu pałacowego NasrydówAlhambra była we władaniu arabskich władców do 1492 r. kiedy to kalifat Grenady został pokonany przez rekonkwistę a Alhambra stała się odtąd królewskim dworem katolickich królów Ferdynanda i Izabeli. Zwiedzanie kompleksu pałacowego to jak przeniesienie się do bajki z Tysiąca i jednej nocy. Znajdziemy tu komnaty z misternie rzeźbionymi kolumnami, inskrypcjami pokrywającymi całe ściany, łukami i  bogatymi kolorowymi mozaikami i sztukaterią. Są dziedzińce z marmurowymi fontannami. Sufity to obłędne dzieła sztuki, sklepienia zarówno te z drewna cedrowego jak i stiukowe są olśniewające. Niektóre wyglądają jak stalaktyty stworzone przez naturę, tymczasem są dziełem rąk arabskich sztukmistrzów. Architektura sprawia wrażenie niezwykle lekkiej, ażurowej. Na początku olśniewa sala Oratorium, ze ścianą wypełniona łukowymi otworami okiennymi. Za nimi widać cyprysowe zbocza Grenady. Przepiękną komnatą jest Sala Ambasadorów (Salon de los Embajadores) gdzie inskrypcje pokrywają ściany od podłogi do sufitu a z okien zwieńczonych łukami rozpościera się widok na miasto. Sala sąsiaduje z Dziedzińcem Mirtów (Patio de los Arrayanes), środkiem którego biegnie długi basen. Nazwa bierze się od żywopłotu z mirtu, który otacza sadzawkę z rybami i swoją żywą zielenią kontrastuje z bielą marmuru wypełniającego podwórze. Wokół dziedzińca Mirtów rozlokowane są liczne komnaty. Najbardziej imponującą częścią pałacu jest otwarty Dziedziniec Lwów (Patio de los Leones). Pośrodku znajduje się biała marmurowa fontanna z dwunastoma lwami. Dziedziniec okala ażurowy krużganek zwieńczony arkadami na drobnych kolumienkach, które to arkady są rzeźbione, jakby nie były z marmuru tylko ze złotej przeźroczystej koronki. Gdyby nie arabskie motywy, kształtem przypominałoby to trochę klasztory chrześcijańskie. Tło zza zabudowań stanowią wysokie cyprysy. Wokół dziedzińca rozmieszczone są rozliczne komnaty, Sala Dwóch Sióstr (Sala de las Dos Hermanes), Sala Abencerragów (Sala de Los Abencerrajes), Sala Mozarabów (Sala de los Mocarabes), Sala de los Ajimeces, oraz sala Królów (Sala de los Reyes) i pomieszczenia haremowe. Sklepienie sufitu w Sali Abencerragów w postaci ośmiokątnej gwiazdy czy też kwiatu jak kto woli to absolutny majstersztyk. Zresztą, w której by sali nie spojrzeć w górę, to szczęka opada z wrażenia. Sklepienie sufitu w Sali Dwóch Sióstr znowu przypomina podziemną jaskinię z naciekami wapiennymi, a wszystko to tylko i aż mozolna praca ludzkich rak. Z pałacu Comares przechodzimy do części pomieszczeń, które zostały dobudowane lub przerobione już na modłę katolicką za panowania Karola V. Z okien pomieszczeń widać małe patio z marmurową fontanną pośrodku. W ogrodzie wyznaczonym przez starannie przystrzyżone żywopłoty rosną cyprysy, akacje i drzewa pomarańczy. Ten romantyczny, zacieniony skwer to ogród Daraxa (Patio de Daraxa). To ostatni przystanek podczas zwiedzania wnętrz pałacowych. 

Stąd wyszliśmy do ogrodów okalających pałac Nasrydów od wschodniej strony. Zewnętrzny dziedziniec zwany jest ogrodami Partal. Swoją nazwę bierze od Wieży Dam (Torre de las Damas), budynku zlokalizowanego u zwieńczenia prostokątnego basenu, który niegdyś zwany był Partal. Budynek to w zasadzie arkady z pięcioma misternie rzeźbionymi łukami i pięknym widokiem z okien na dolinę rzeki Darro. W okresie świetności Alhambry w XIII i XIV w. teren ten był zabudowany pałacami możnowładców. Dziś to miejsce  rozległych, tarasowych ogrodów. Schody w górę wyprowadzają nas z ogrodów Partal w sąsiedztwie pałacu Karola V. Budowla ciężka, siermiężna, jakże inna od lekkich ażurowych komnat pałacowych, które przed chwilą podziwialiśmy. Pałac został zbudowany w XVI w. w stylu renesansowym i miał stanowić dowód supremacji władzy i religii katolickiej nad arabskimi rządami i islamem. Budowla w samym centrum Alhambry odstaje od reszty zabudowań z czasów arabskich, pasuje jak pięść do nosa. Nie można jej jednak odmówić pewnego uroku. O ile z zewnątrz jest kanciastym, masywnym czworościanem, to wnętrze kryje odkryty owalny duży dziedziniec otoczony dwukondygnacyjną kolumnadą. Zaskakujące rozwiązanie, majestatyczne, eleganckie, nawet ładne. Niski parter budynku mieści muzeum Alhambry, gdzie można podziwiać przedmioty, artefakty i elementy wystroju pałacu Nasrydów. I to w zasadzie był nasz koniec zwiedzania Alhambry. Nabyliśmy kilka drobnych souvenirów w sklepiku i przez wielobarwne ogrody ewakuowaliśmy się na parking, poczym zjechaliśmy w dól do miasta.

Samochód zostawiliśmy na podziemnym parkingu na Plaza del Campillo i przeszliśmy się uliczkami Grenady w kierunku Catedral de Granada. Duże ulice były pozamykane ze względu na trwające obchody święta Bożego Ciała. Można było spacerować głównymi arteriami starego miasta jak po deptaku. Było popołudnie i uroczystości kościelne nas ominęły. Ulice Grenady jednak były zatłoczone, restauracje, kawiarnie były wypełnione po brzegi. W tapas barach ludzie stali na chodnikach i ulicach z kieliszkami wina i talerzykami z tapas. Część kobiet przystroiła się we wspaniałe andaluzyjskie stroje, obcisłe, długie kolorowe suknie z falbanami. Mocno umalowane, z kwiatami we włosach, wachlarzem w dłoni. Kwintesencja kobiecości bez względu na wiek i figurę, wszystkie panie wyglądały pięknie.  Jakimś cudem udało nam się zdobyć stolik w jednej z restauracji przy Plaza Pescaderia tuż przy katedrze i zjeść obiad i napić się zimnego piwa. Grenada to prawdopodobnie temat na całodniową wycieczkę po ulicach tego pięknego miasta. My mogliśmy sobie pozwolić na zaledwie dwugodzinny przystanek, obiad, lody i oczarowani Grenadą opuściliśmy ją aby powrócić na wieczór do Roquetas.

Oasys Tabernas

Wszyscy miłośnicy Clinta Eastwooda znają zapewne dolarową trylogię osadzoną w konwencji spaghetti western w reżyserii Sergio Leone. Może jednak mało kto wie, że zdjęcia plenerowe do „Za garść dolarów” czy „Dobry, Zły i brzydki” powstawały w Andaluzji w pobliżu Almerii. W parku narodowym Cabo de Gata, ale przede wszystkim na pustyni Tabernas. Miasteczko, początkowo nazwane Yucca City, wybudowane na potrzeby filmowej dekoracji, wyglądające jakby żywcem wyjęte z Dzikiego Zachodu zostało wiernie odtworzone i zbudowane na płaskowyżu w Tabernas w otoczeniu bezkresnej prerii i nagich wzgórz. Oasys bo tak nazywa się dziś ta atrakcja to obecnie park rozrywki. Położony jest około 30 km. na północ od Almerii. Świetne miejsce dla wszystkich chłopców, zarówno tych małych jak i tych już prawie łysych z siwą brodą. Cóż, za czasów PRLu jedyne filmy zagraniczne jakie były regularnie pokazywane w państwowej telewizji to były właśnie westerny. Były ideologicznie neutralne, walka dobra ze złem sprawdza się zarówno w ustroju demokratycznym jak i totalitarnym. Wśród żołnierzyków do zabawy z masy plastycznej, miałem Indian i kowbojów. Kuzyn miał też kilka domków do zabawy imitujących miasteczko z dzikiego zachodu. A jak dodać do tego, że byłem w posiadaniu 1 zeszytu komiksu z serii o poruczniku Blueberry nietrudno zrozumieć, że taka atrakcja jak Oasys miniHolywood skradła moje serce totalnie. Gdybym mógł być 30 lat młodszy pewnie uznałbym miasteczko w Tabernas za najfajniejsze miejsce na ziemi. Park Oasys składa się z 3 części. Jedna to miasteczko z dzikiego zachodu, druga to park zoologiczny z całym mnóstwem ciekawych zwierząt do zobaczenia i trzecia najmniejsza, część relaksacyjna z dwoma basenami, leżakami, żeby sobie odpocząć. Nie jest to park rozrywki w rozumieniu amerykańskim. Nie ma rollercoasterów, karuzel, postaci z kreskówek, bohaterów Marvela i Disneya. Nie ma nachalnego wciskania souvenirów i waty cukrowej. Wszystko jest stonowane z naciskiem na realizm niż tanią rozrywkę.

Miasteczko nazwane Fort Apache mogłoby być typową osadą z okresu gorączki złota z połowy XIX w. gdzieś na zachodzie Ameryki. Odtworzono je bardzo wiernie. Centralne miejsce zajmuje plac przed bankiem, naprzeciw którego znajduje się siedziba szeryfa. Przy głównej ulicy przebiegającej przez osadę, znajdziemy sklepy, punkty rzemieślnicze, pocztę, rzeźnię, golibrodę, straż ogniową, hotel, więzienie i tuzin innych domostw. Większość drewniana ale są i murowane budynki , np. Yellow Rose Saloon. Wszystko jest pieczołowicie wykonane, realne do ostatniego szczegółu. Byliśmy pierwsi w parku, podążyliśmy piaszczystą ulicą w stronę placu. Z niewidocznych głośników sączyła się muzyka filmowa w stylu Ennio Morricone, po uliczkach leniwie konno przemieszczali się nieliczni kowboje w kapeluszach i długich płaszczach. Jeden prowadził bryczkę. Klimat genialny. Czułem się jak Marty z Powrotu do Przyszłości przeniesiony maszyną czasu. W salonie można napić się piwa i obejrzeć spektakl. O 13:00 odbył się Can Can Dance show. Jak sama nazwa sugeruje, dziewczyny w gorsetach i czerwonych spódnicach tańczyły kankana. Bardzo fajny występ. Główny występ dnia w Fort Apache odbywa się, jakże by inaczej, w samo południe na głównym placu. Są dobrzy i źli. Możemy obejrzeć bijatykę, strzelaninę, ciągnięcie za koniem, wieszanie na szubienicy. Jakaś tam mniej lub bardziej spójna historia, której przydałby się jednak większy rozmach w hollywoodzkim stylu, bo wykonanie jest dość amatorskie. Nic to jednak nie zmienia jeśli chodzi o ogólne odczucia dotyczące Oasys. To miejsce jest genialne.

W pomieszczeniach banku można obejrzeć plakaty reklamujące filmy, które tu powstały a było ich ponad 80. Spoglądają więc na nas twarze Clinta Eastwooda, Lee van Cleefa, Alaina Delona, Seana Connerego czy Raquel Welch. Na obrzeżach miasteczka mamy kościół, fragment kolei żelaznej z olbrzymimi cysternami na wodę, cmentarz i stajnie. W obrębie drewnianej palisady otaczającej Fort Apache jest też ogród z kaktusami. Z miasteczka przechodzi się wzdłuż alei z fontannami do parku zoologicznego. Wydawałoby się, że to tylko dodatek do wrażeń z dzikiego zachodu. Nic bardziej mylnego. Znajdziemy tu prawie 200 gatunków zwierząt rozlokowanych na kilkudziesięciu hektarach we wspaniałej aranżacji. Rozpoczęliśmy od pokazu papug, który odbywa się o 11:00. Tu więc powinno się skierować pierwsze kroki jeśli ktoś zaplanował sobie przedpołudnie w parku. Mimo, że widziałem już takich pokazów kilka na całym świecie i wszystkie sa do siebie podobne, uważam, że ten w Oasys jest całkiem spójny i ciekawy. Prowadząca nie tylko pokazuje sztuczki, które ptaki są w stanie wykonać ale przede wszystkim ciekawie o nich opowiada. Szkoda, że tylko po hiszpańsku. Nasze dzieciaki były oczarowane dwoma mieszkańcami parku – grupką surykatek oraz liskiem Fenkiem. Słodziaki, nie da się ukryć. Znajdziemy tu drapieżniki, lwy, pantery, gepardy, krokodyle ale i duże zwierzęta jak nosorożce, wielbłądy, niedżwiedzie i żyrafy. Wybiegi dla zwierząt są pięknie wkomponowane w pustynne wzgórza. Można trasę pokonać pieszo co wymaga długiego, miejscami wymagającego spaceru po pagórkowatym ternie. Można też skorzystać bezpłatnej ciuchci z otwartymi przedziałami, która w tempie pieszego, przejeżdża wzdłuż większości wybiegów dla zwierząt. Bilet dla naszej czwórki, za wstęp do Oasys razem z parkingiem, kosztował 70 EUR. Była wliczona zniżka, za fakt, że mieszkaliśmy w hotelu z sieci Senator, która jest również właścicielem Oasys.  Gorąco polecam wizytę w Fort Apache na całodniowy pobyt. Można tu na miejscu zjeść obiad, w salonie napić się zimnego piwa i popływać w basenach.  Można na jeden dzień przenieść się w świat dziecięcych marzeń.

Almeria & Mojacar

Następnego dnia rano pojechaliśmy do Almerii. Od 10:00 rano czynne było muzeum gitary. Jest tuż obok katedry, mieszczącej się przy charakterystycznym placyku wykładanym kamiennymi płytami i wysadzanym wysokimi palmami. Wkoło otacza ją gęsta zabudowa starych kamiennic. Patronem muzeum gitary jest Antonie de Torres, słynny hiszpański lutnik żyjący w XIX w. Uznawany jest za twórcę nowoczesnej gitary klasycznej – hiszpańskiej. Jego najsłynniejszym modelem była gitara o wdzięcznej nazwie Lwica (La Leona). Wielu znawców uważa, że Torres był tak znakomitym twórcą gitar jak Stradivarius był twórcą skrzypiec. Muzeum zajmuje 3 poziomy, najniższy przeznaczony na tymczasowe wystawy był zamknięty do zwiedzania. Na pozostałych dwóch poziomach zgromadzone są pamiątki z życia i twórczości znakomitego rzemieślnika. Centralne miejsce na parterze zajmuje kilkunastometrowy model gitary. Ciekawe są repliki dzieł malarskich tworzonych na przestrzeni wieków, przez najznakomitszych malarzy, gdzie gitara stanowiła główny motyw. Na antresoli znajdziemy pomieszczenie odsłuchowe, gdzie można skorzystać z egzemplarza gitary klasycznej lub elektrycznej, żeby sprawdzić swoje umiejętności. Bartek, który u nas w rodzinie jest najbardziej muzykalny i uczy się od lat gry na gitarze akustycznej, skorzystał z okazji, żeby puścić kilka dźwięków w eter. Jak można się domyślić, wizyta w muzeum gitary była sprokurowana właśnie zainteresowaniami syna. Gdyby nie to, nie uznałbym wizyty w tym miejscu za konieczną i szczególnie zajmującą. Koszt wstępu 3 EUR od osoby dorosłej.

Almerii pojechaliśmy do Mojacar. Odległość około 90 km na wschód. Miasto typowo turystyczne podzielone na nowszą część przy plaży oraz starszą osadę położoną malowniczo na wzgórzu. Widząc białe skrzące się w promieniach słońca Pueblo Mojacar na wzgórzu, zgodnie orzekliśmy, że przypomina Minas Tirith, stolicę Gondoru z Władcy Pierścienia. Całe miasto jest białe, nie zdziwiłbym się, gdyby istniał zakaz burmistrza malowania domów na inny kolor. Pięknie kontrastuje z nagimi, skalnymi zboczami wzgórza na którym jest położone. Asfaltowa droga wije się obrzeżami miasta i dociera do miejskiego parkingu. Tu można zostawić samochód za free i rozpocząć piesze zwiedzanie pełnych uroku uliczek. W centralnym punkcie miasteczka na jednym ze wzniesień jest duży placyk z tarasem i ładnym punktem widokowym. Miasteczko żyje z turystów i wszystko jest pod nich podporządkowane. Znajdziemy więc tu liczne restauracje, pizzerie, kawiarnie, hotele i sklepy z pamiątkami. Obiad zjedliśmy w Casa Irene, gdzie m.in. wziąłem sobie zupę gazpacho. Tak mi zasmakowała, że odtąd codziennie wieczorem w hotelu brałem na kolację miskę tej zupy. Zwiedzanie Mojacar polega na wędrowaniu uroczymi, romantycznymi uliczkami przystrojonymi w intensywnie kolorowe kwiaty w górę i w dół. Potrafi to zmęczyć człowieka. Na sjęstę po obiedzie zjechaliśmy w dół w stronę morza do nowszej części Mojacar. Ciągnie się tu długa kilkukilometrowa plaża. Nabrzeże zabudowane jest hotelami. Plaża jest kiepska, żwirowa, ciemnego koloru, bez drzew. Niespecjalnie atrakcyjna. Na krótki odpoczynek i puszczenie drona jednak się nadawała.

Las Alpujarras

Kolejny dzień zawiódł nas wysoko w góry Sierra Nevada do Las Alpujarras. Takie określenie nosi park narodowy i umiejscowione tam osady, w górach Sierra Nevada w Andaluzji. Wioski górskie słyną z upraw tarasowych, które nawadniane są przez krystalicznie czyste górskie rzeki spływające z ośnieżonych gór. Jak już wspominałem, tu właśnie produkowana jest m.in. woda źródlana Lanjaron. Górskie wioski słyną z wyrobu szynek serrano, miodu i wina. Cała trasa tego dnia zajęła nam prawie 350 km. Droga z naszego hotelu prowadzi autostradą w kierunku Grenady, aby na wysokości sztucznie utworzonego jeziora Beznar odbić w prawo do miasta Lanjaron. Kilka kilometrów wcześniej mijamy inne sztuczne zbiorniki spektakularnie położone wśród gór. Autostrada poprowadzona jest estakadą nad jeziorem powstałym z połączenia dwóch rzek Guadalfeo oraz Izbor.  Po powierzchni akwenu pływają windsurfingowcy. Kolor wody jest obłędnie turkusowy. Przejeżdżając mostem trzeba jednak mocno trzymać kierownicę, zwłaszcza tak małego autka jak nasze, bo wiatry tu wiejące potrafią mocno zakołysać pojazdem. Trasa wiedzie krętą górską serpentyną, która przebiega przez górskie miasteczka. Lanjaron przejechaliśmy bez zatrzymywania, żeby postój zrobić dopiero w Pampaneira. Białe miasteczko w górach, z ceglanym prostokątnym kościołem pośrodku. Była niedziela, więc trafiliśmy na skromną kilkuosobową procesję wychodzącą ze świątyni. Na przylegających uliczkach rozstawione były ołtarzyki. Liczba turystów znacznie przekracza ilość mieszkańców. Patrząc na Pampaneira z lotu ptaka widać, że parking miejski dla przybyszów zajmuje 1/5 powierzchni osady. Ładnie, przyjemnie, uliczki brukowane kamieniem. Chłodno, w końcu byliśmy w górach, w oddali widoczne były śnieżne czapy na szczytach Sierra Nevada.

Następny przystanek zrobiliśmy w Capileira. To najwyżej położona miejscowość w tej części masywu górskiego. Osada położona jest na wysokości około 1400 m. n.p.m. Bardzo podobna do bliźniaczego miasteczka, z którego tu dotarliśmy. To najdalej wysunięta miejscowość na północ, gdzie można dojechać własnym autem. Dalej zaczyna się park narodowy i choć istnieje przez niego droga przejazdu na drugą stronę masywu aż do Grenady, to indywidualny ruch samochodowy jest zabroniony. W miasteczku poszliśmy na znakomitą włoską pizzę. Na piwo było za zimno. Byliśmy wdzięczni za bluzy zabrane z hotelu, bo temperatura wysoko w górach oscylowała w granicach 14 stopni. Wiem, że nie powinienem porównywać różnych miejsc i krajów, ale podczas tego górskiego rajdu przypomniały mi się górskie miasteczka w Grecji na półwyspie Pelion, które odwiedziliśmy rok wcześniej. Te greckie górskie osady jednak bardziej mnie oczarowały. Może gdybym nie miał na świeżo w pamięci widoków z HelladyLas Alpujerras bardziej by mi przypadło do gustu.

Zimne, górskie powietrze zamieniliśmy na ciepłą, wakacyjną aurę nad morzem. Zjechaliśmy z gór do oddalonej o 60 km. miejscowości Calahonda na wybrzeżu. Typowo wakacyjna, senna miejscowość na uboczu, gdzie główną aktywność dnia stanowi wyjście na plażę. Same hoteliki, pensjonaty i prywatne domy wypoczynkowe. Długa, szeroka, zadbana plaża, ciemnego koloru, żwirowa i kamienista. Dramaturgii miejsca dodaje olbrzymi ciemnoczerwony klif, który góruje nad plażą z jednej strony. Miasteczko niewielkie, spokojne i przyjemne, znaleźliśmy miejsce parkingowe przy samej plaży i rozłożyliśmy się na karimatach na popołudniowy chillout. Po raz pierwszy podczas tego wyjazdu zaryzykowałem kąpiel w morzu. Woda zimna potwornie. Ale skoro inni się kąpali to nie mogłem być gorszy. Na szczęście słońce mocno grzało i po kilkuminutowej kąpieli w wodzie można było dojść do siebie na ręczniku. Przyjazd na plażę do Calahonda wybrałem zupełnie przypadkowo, ustalając wcześniej trasę wycieczek. Nie kierowałem się żadnymi przewodnikami, po prostu chciałem znaleźć spokojne miejsce gdzieś na trasie między górami a Roquetas. Z czystym sumieniem mogę polecić to miejsce na plażowanie a nawet dłuższy pobyt i miejsce wypadowe do zwiedzania okolic. Znajduje się prawie równo między Malagą na zachodzie, Grenadą na północy i Almerią na wschodzie. Brak tu tłumów, turystów, komercji, zgiełku i hałasu. Czysty relaks.

Cabo de Gata

Cabo de Gata. Półwysep z parkiem narodowym położony blisko (około 70 km.) od naszego miejsca zakwaterowania. Był na naszej liście do zwiedzania od samego początku. Do zwiedzania niezbędny własny środek lokomocji, najlepiej auto. Jeśli ktoś jednak znajdzie miejsce zakwaterowania w którymś z licznych hoteli np. w San Jose, wewnątrz parku, to wystarczającym pojazdem może być rower. Park narodowy Cabo de Gata-Nijar znajduje się na jedynym w Europie kontynentalnej obszarze z prawdziwie pustynnym klimatem. Średnia roczna temperatura to ponad 19 stopni a opady deszczu są najniższe w całej Europie. Formacje skalne są pochodzenia wulkanicznego. Krajobraz to skaliste wybrzeże a wewnątrz lądu wzgórza, wąwozy, wszystko pokryte niskimi trawami w ładnych odcieniach czerwieni, brązu pomarańczy. Kolory pewnie ulegają zmianie w zależności od pory roku. Widoki przypominają prerię z Arizony, znajdziemy tu agawy i inne kaktusy. Ładne, ciekawe, choć moim skromnym zdaniem, widoki po pewnym czasie stają się monotonne. Entuzjaści fauny i flory rzecz jasna się ze mną nie zgodzą. Dla nich to pewnie nie lada gratka, taka pustynia w Europie. Zjeżdżając z autostrady w stronę Cabo de  Gata nadal w krajobrazie dominują foliowe szklarnie. To paskudztwo jest wszędzie. Dopiero na niewidocznej granicy z parkiem hektary plastiku się kończą i wreszcie oczy mogą odpocząć. Pojechaliśmy do San Jose, małego portu rybackiego zamienionego w turystyczne miasteczko i tam odbiliśmy w prawo drogą szutrową wzdłuż wybrzeża. Około 8 kilometrów dalej zatrzymaliśmy auto przy poboczu i zeszliśmy na plażę Monsul. Najbardziej chyba znana filmowa plaża w Andaluzji. Tu nakręcono sceny z filmu Indiana Jones i Ostatnia Krucjata. Scena na plaży kiedy ojciec Indiany, w tej roli Sean Connery, podrywa parasolem do lotu stado mew, które uderzają w atakujący niemiecki myśliwiec i powodują jego katastrofę. Jak widać Andaluzja jest nierozerwalnie związana ze sztuką filmową. Plaża w Monsul to duża 500 metrowa zatoka. Zejście do niej z drogi wydmami ma dobre kilkaset metrów. Z obu stron zamknięta ostrymi klifami, podmytymi i wyrzeźbionymi przez fale. Pośrodku tuż przy brzegu wystaje z wody duża skała. Widok jest rzeczywiście piękny, aczkolwiek określiłbym to jako takie surowe, naturalne, dzikie piękno. Kiedy zeszliśmy na plażę okazało się, że przy brzegu chłodny wiatr od morza urywa głowy. Morze tworzyło niespokojne fale, plaża była wyludniona oprócz kilku osób chroniących się wśród skał. Co najważniejsze, wreszcie pod nogami mieliśmy drobny piasek, co prawda ciemny, powulkaniczny, ale jednak już nie kamienie. W końcu udało nam się znaleźć piaszczystą plażę co nie jest łatwe w Andaluzji. W bezwietrzny, słoneczny dzień musi tu być wspaniale. O ile więc widoki rzeczywiście były spektakularne i mogliśmy mieć wielką plażę do własnego użytku, to z obawy, że wiatr wywieje ostatnie włosy z mojej głowy, zmieniliśmy lokalizację.

Pojechaliśmy na sąsiednią plażę Genovese oddaloną o 3 kilometry w kierunku San Jose. Czyli innymi słowy cofnęliśmy się i odbiliśmy w prawo. Zatokę z plażą Genovese widać już z oddali. Kolor błękitu wody pięknie komponuje się z czerwoną ziemią upstrzoną gdzieniegdzie zielonymi agawami i bielą piasku. Przy plaży jest parking, aczkolwiek w sezonie letnim jest on płatny i ilość samochodów jest ograniczona a nadmiar chętnych nie jest przepuszczany przez szlaban już w San Jose. Plaża Genovese jest niezagospodarowana, nie ma tu żadnej infrastruktury, oprócz wspominanego dojazdu i placyku na auta. Jest to głęboka zatoka z lewej strony zamknięta dużym wzgórzem. Szeroka, długa z drobnym żółtym piaskiem. Mimo, że od Monsul dzieliło nas zaledwie kilka kilometrów, umiejscowienie Genovese w głębokiej zatoce powoduje, że plaża prezentowała się dużo bardziej pozytywnie. Nie było wiatru, piasek wydawał się być dużo ładniejszy i bielszy a woda w morzu była krystalicznie przeźroczysta, choć nadal cholernie zimna. Nie na tyle jednak, żeby kilka razy w ciągu południa do niej nie wskoczyć. Jak na tak dużą plażę ludzi było niewiele, kilkanaście samochodów. Niewątpliwie jest to zasługa braku masowej komunikacji, brak dobrej drogi i umiejscowienie z dala od ludzkich siedzib. Spędziliśmy tu kilka godzin aż w końcu również i na Genovese zaczęło porządnie wiać. Na popołudniowy obiad pojechaliśmy do nieodległego San Jose. Mała turystyczna spokojna osada, z zatoczką i zadbaną plażą. W restauracji El Pascador przy plaży zamówiliśmy na obiad świeże smażone ryby i kalmary. Słońce powoli chyliło się ku dołowi, a my ruszyliśmy okrężną drogą na zachodnie wybrzeże półwyspu Cabo de Gata. Nie ma niestety przejazdu asfaltową drogą wzdłuż wybrzeża i dlatego trzeba robić duże 30 kilometrowe kółko wokół gór.

Dojechaliśmy do miejscowości San Miguel de Cabo de Gata. Stąd droga biegnie wzdłuż plaży. Po prawej stronie mijaliśmy kilometry wyludnionej piaszczystej plaży z wysokimi, dzikimi, rozbijającymi się o brzeg falami. Po lewej natomiast mijaliśmy solne baseny, gdzie ongiś produkowano sól. Po osadzie Las Salinas de Cabo de Gata, którą zamieszkiwali robotnicy pozostał dziś skromny kościółek stojący przy drodze. Właściwie pośrodku niczego. Mijane nieliczne domostwa wydawały się kompletnie opuszczone. Wśród nich znajdziemy nawet hotel. Skoro Andaluzyjczycy tak lubią filmy, to mam przeczucie, że w tym hoteliku na dzikim pustkowiu mógłby powstać niezły thriller. Droga wiedzie dalej na południe wzdłuż wybrzeża, wspina się, przez chwilę zamienia w karkołomne, strome serpentyny aby zakończyć się małym parkingiem przy latarni morskiej. Ten punkt widokowy to Faro Cabo de Gata. Sam budynek latarni nie ma w sobie nic romantycznego i nie są z nim związane historie o piratach. Ot zwykły nowoczesny budynek latarni z masą radarów i talerzy satelitarnych. Mogłoby go nie być bo trochę psuje harmonię tego miejsca. Umiejscowiony faktycznie widowiskowo na klifie. Z małego tarasu przy latarni mamy piękny widok na skupisko strzelistych skał wystających z wody. To Arrecife de Las Sirenas, co można przetłumaczyć jako Skały lub Rafy Syren. To najdalej wysunięty punkt na południe dostępny dla aut. Dalej wzdłuż wybrzeża można się wybrać na trekking pieszo lub na rowerach. W drodze powrotnej przy San Miguel zatrzymaliśmy się jeszcze przy tarasie obserwacyjnym flamingów. Sadzawki wodne sąsiadują z solankami w Las Salinas. Na niebieskiej wodzie widać żółtego koloru zawiesinę a po płyciźnie majestatycznie brodzą biało różowe flamingi. W tle dzikie góry i odległa panorama Las Salinas z wieżą kościelną. Przydała się nam lornetka wożona w plecaku. Ptaków można było naliczyć około setki. Do Cabo de Gata jeszcze powróciliśmy 2 dni później na długie plażowanie.

Ronda

Kolejny wczesny poranek, desayuno temprano w hotelu czyli okazja do zjedzenia czegokolwiek zanim oficjalnie otworzą stołówkę i ruszaliśmy z piskiem opon w najdłuższą trasę. Łącznie w ciągu 8 dni w Andaluzji zrobiliśmy 2240 km., z czego 600 km. zajęła nam dzisiejsza wycieczka do Rondy. Autostradą do Malagi jechało się świetnie dopóki nie trafiliśmy na korek w środku miasta. Na skrzyżowaniu dróg szybkiego ruchu. Odebrało mi to chęć na zapuszczanie się głębiej do centrum, co pierwotnie chcieliśmy uczynić w drodze powrotnej. Po kilkudziesięciu kilometrach za Malagą zjechaliśmy z autostrady na jednopasmową lokalną drogę wijącą się wśród pofałdowanych pagórków. Krajobraz zmienił się diametralnie w stosunku do półpustynnych klimatów wokół Almerii. Pojawiły się wysokie drzewa, zielone, żyzne pola, sady owocowe. W końcu jakieś życie a nie tylko skały i piach. Na lokalnych drogach kierowcy nie szaleją (prawdopodobnie turyści w wynajętych autach), jadą zgodnie z przepisami i mieliśmy wrażenie jakby czas zwolnił. Koniec końców jednak dowlekliśmy się do miasteczka Ronda. Była 11 rano.

Wtoczyliśmy się do miasta, poruszając się na czuja i szczęśliwie znaleźliśmy publiczny, darmowy parking pośrodku miasta przy skrzyżowania Calle Chica i Calle Lauria. Stąd jest już tylko kilka przecznic do parku Alameda del tajo, tonącego w żywej zieleni i chłodzie. Jakże nam brakowało takich widoków przez ostatnie kilka dni. Na końcu parku jest długi taras z pięknym widokiem na dolinę rzeki Guadaletin, która dzieli miasto na dwie części. Dzieli mostem, z którego słynie Ronda i który jest uwieczniony na zdjęciu każdego turysty, który postawił tu stopę. Poruszając się deptakiem na szczycie klifu, który stanowi taras widokowy opuszczamy park i dochodzimy do Plaza de Toros. Przed białym, owalnym budynkiem stoi pełnowymiarowy pomnik byka w biegu, wykonany z metalu. To ewidentny znak, że stoimy przed słynną areną Real Maestranza de Caballeria de Ronda. Moje chłopaki nie byli zbyt entuzjastycznie nastawieni do zwiedzania tej atrakcji, zwłaszcza będąc świeżo po obejrzeniu animowanego filmu o byczku Fernando. Ach ta wrażliwa młodzież. Całe szczęście krwawa korrida odbywa się tu tylko raz do roku we wrześniu. Kupiliśmy bilety i zwiedziliśmy przybytek bez konieczności oglądania nierównych zmagań człowieka ze zwierzęciem. Arena do walk byków w Rondzie jest jedną z najstarszych tego typu budowli w Hiszpanii, zainaugurowała swoją działalność w 1785 r. a jej patronem jest matador Pedro Romero. Podobno zabił ponad 5 tysięcy byków. Tylko raz w historii bykom udało się na arenie uśmiercić atakującego go torreadora. Do zobaczenia jest duża kryta ujeżdżalnia koni, stajnie, boksy dla byków i oczywiście imponująca arena. Idealnie owalna arena ma dwa poziomy arkad z kolumienkami, piasek ją wypełniający jest intensywnie żółty. Schody wewnętrzne prowadzące na galerie na pierwszym piętrze są pięknie wykładane biało błękitną ceramiką. We wnętrzu budowli można obejrzeć muzeum z pamiątkami związanymi z korridą. Są bogato zdobione stroje, siodła, szpady, historyczne plakaty ale i wypchane głowy byków.

Arena do walki byków znajduje się w nowszej, chrześcijańskiej dzielnicy miasta – Mercadillo. Miasto bowiem podzielone jest na dwie, różniące się architektonicznie części – Ciudad, część arabską i właśnie wspomnianą Mercadillo. Przegradza je głęboki na 160 metrów wąwóz Tajo de Ronda, w dole którego sączy się ledwo widoczna rzeka Guadaletin. Obie dzielnice spaja w sposób spektakularny kamienny most Puento Nuevo, XVIII wieczne dzieło. Tworzą go dwa potężne filary sięgające do dna kanionu, zakończone dużym łukiem. Dwa mniejsze łuki dotykają przeciwległych brzegów. Na skraju ścian wąwozu wyrosły liczne budynki, których okna wyzierają w przepaść. Dzielnica Mercadillo zabudowana jest kamienicami w renesansowym stylu. Dziś uliczki wypełniają liczne restauracje i kawiarnie. Część arabska, Ciudad, ma bardziej stonowany klimat. Jej centralny punkt stanowi Plaza Duquesa de Parcent. Stoi przy nim kościół Santa Maria la Mayor. Można go zwiedzić za opłatą a największą atrakcją jest wejście na taras okalający dach. Mamy stąd piękną panoramę miasta. Przy tym samym placu mieści się ratusz miasta Ronda. Niektóre z zabytkowych budynków arabskiej części miasta udostępniane są do zwiedzania, np. stare mieszkalne kamienice czy łaźnie arabskie. Są tu także liczne muzea. Wokół Ciudad zachowały się stare mury miejskie, idąc wzdłuż których w dół, możemy dojść do mniejszego mostu łączącego obie dzielnice – Puento Viejo, będącego dziełem Mauretańczyków. Jeśli ktoś wybrał taką drogę wycieczki to teraz czeka go ponowna droga w górę, za to w pięknych okolicznościach przyrody bo trasa prowadzi przez park Jardines De Cuenca. Człowiek zapomina o mozolnym trudzie wspinaczki mijając bogato ukwiecone różane krzaki, palmy i cyprysy.

Zasapani dotarliśmy na górę i w Cerveceria La Giralda usiedliśmy na obiad. Choć specjalnością zakładu były wołowe ogony, nie daliśmy się na nie skusić. Ja pozostałem przy kalmarach natomiast Justyna zażyczyła sobie paelle mieszaną z kurczakiem i owocami morza.  Niedaleko, bo 2 przecznice dalej jest bardzo urokliwy plac Plaza del Socorro, przy którym stoi kościół de Nuestra Senora del Sorocco. Otoczony kawiarniami, to bardzo przyjemne miejsce na lunch czy kawę. Nasz czas w Rondzie dobiegł końca. Jednogłośnie orzekliśmy, że to najpiękniejsze miasto jakie udało nam się zobaczyć w Andaluzji i warte jest długiej drogi. Droga powrotna przebiegła bardzo sprawnie i 300 km. pokonaliśmy w równe 3 godziny. Wysoka średnia prędkość może być trochę myląca. O ile nasz mały 3 cylindrowy, 1 litrowy, VW Polo dobrze sprawował się w mieście oraz na płaskich odcinkach autostrad, to na wzniesieniach zdecydowanie brakowało mu mocy. Słabiutki silniczek, nie nadający się na dłuższe trasy. Odwdzięczał się jedynie niskim spalaniem, około 5,5 l/100 km.

Playazo

Ostatniego dnia z wypożyczonym autem wcześniej nie planowaliśmy. Wszystko co dotychczas założyliśmy sobie, zrealizowaliśmy. Postanowiliśmy więc jechać na plażę na cały dzień. Kierunek mógł być tylko jeden – półwysep Cabo de Gato. Droga poprowadziła nas do miasteczka Rodalquilar. Tam kierując się znakami, zboczyliśmy z asfaltowej drogi w stronę wybrzeża i polną drogą wykładaną betonowymi płytami dotarliśmy na piaszczysty placyk przy plaży. Jej nazwa to Playa el Playazo. Fantastyczna. Duża zatoka zakończona wysokim wzgórzem po prawej stronie. Od lewej strony zaś wapienne klify. Zaraz za nimi kolejna mała zatoczka Calilla del Playazo. Kiedy przyjechaliśmy mniejsza zatoczka była już zajęta przez kilku naturystów. Piękne widoki. Nad tym wszystkim górują stare mury fortyfikacji Castillo de San Ramon. Uroku miejscu dodają zwłaszcza fajne formacje skalne podziurawione przez erozję. Woda w morzu przeźroczysta, aczkolwiek jak zawsze podczas tego pobytu, zimna. Piasek na plaży drobny, przyjemny, złoty. Byczyliśmy się na plaży cały dzień, na szczęście zaopatrzywaszy się wcześniej w zimne piwo, napoje i różne przekąski. Plaża Playazojest dzika bez żadnej infrastruktury. Popularnością cieszy się umiarkowaną, zaledwie kilkanaście aut przez cały dzień i to głównie tubylców. I to było nasze pożeganie z plażami Andaluzji. Wieczorem zdaliśmy samochód.

Kolejne kilka dni do wyjazdu spędziliśmy w hotelu i najbliższych okolicach. Zrobiliśmy sobie m.in. siedmiokilometrową popołudniową przechadzkę deptakiem od naszego hotelu do centrum Roquetas de Mar. Deptak szeroki, ze ścieżką rowerową, idąc którym mija się hotele i restauracje. Momentami wysadzany palmami, bardzo fajny pasaż nadmorski na spacery, jazdę na rowerze czy na rolkach. Deptak kończy się w centrum miasta, przy porcie znajduje się lokalna atrakcja, zamek Santa Ana i latarnia morska. Bardzo ładnie odrestaurowane i schludnie utrzymane miejsce.
Wakacje w słonecznej i pustynnej Andaluzji dobiegły końca. Naładowani energią z nieodłącznie towarzyszącego nam słońca i ukontentowani zabytkami, które udało nam się zobaczyć, niechętnie wracaliśmy do Polski. 4 godziny lotu i byliśmy w innym kraju, innej rzeczywistości. Nasz drugi kontakt z Hiszpanią (po pobycie na wyspach Kanaryjskich) okazał się bardzo udanym i relaksującym wyjazdem. Viva Espana!

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o

0