Argentyna & Chile 2006

Podróże bliskie i dalekie

Argentyna & Chile, listopad 2006

Wyjazd do Fin del Mundo czyli na skraj Ziemi zaczął się niefortunnie. Mieliśmy mało czasu na przesiadkę na lotnisku CDGParyżu i kiedy z wywieszonymi jęzorami dopadliśmy do stanowiska odprawy do Buenos Aires, znudzona obsługa powiedziała że jest za późno. Było jeszcze 40 minut do odlotu. Pokazaliśmy legitymacje, przyznaliśmy się, że jesteśmy ze staffu, ale nic ich to nie wzruszyło. Taśma na bagaże już nie działa, więc nas też nie wezmą. O żesz wy żabojady, strajkować to potraficie, ale wziąć się do roboty i być miłym i usłużnym dla swoich kolegów z firmy to już nie. Ponieważ była już noc, żaden inny rejs nie wchodził w grę. Myśleliśmy pójść się przekimać do hotelu do miasta ale gość z autobusu nam to odradził, mówiąc że jest jakas duża konferencja w Paryżu i wszystkie hotele są pełne. Zbliżała się północ więc w akcie desperacji poszliśmy do Sheratona na lotnisku, ale też nie mieli miejsc. Nie wiem ile musielibyśmy tam zapłacić za nocleg, ale za herbatę daliśmy chyba po 7 EUR. Staraliśmy się posiedzieć przy filiżance na kanapie w lobby jak długo tylko było to możliwe ale około pierwszej w nocy nas delikatnie wyproszono. Kimaliśmy na metalowych ławkach w hali odlotów na terminalu F, bo po przejściu wszystkich terminali okazało się, że wszystkie lepsze miejsca, w tym te z kanapami przy bistro na terminalu E są już dawno zajęte przez lotniskowych bezdomnych. Noc dłużyła się potwornie, lotnisko w Paryżu zdecydowanie nie jest przystosowane do awaryjnego przebywania na nim przez dłuższy czas. Następnego dnia rano w biurze AF udało nam się przepisać nasze bilety na przelot do Miami ( na szczęście mieliśmy wizy amerykańskie ) a stamtąd American Airlines  zabrał nas do Buenos Aires.

Buenos Aires

Do stolicy Argentyny dotarliśmy rano o piątej z jednodniowym opóźnieniem. Wzięliśmy taksówkę do centrum miasta i po krótkim rekonesansie po licznych hotelikach wzdłuż Avenida Callao zdecydowaliśmy się na mały przytulny hotel za około 50 USD za noc. Weszliśmy do pokoju, zrzuciliśmy plecaki, nastawiliśmy budzik i padliśmy jak nieżywi na łóżka. Tymczasem miasto budziło się do życia. Ta godzinna drzemka doprowadziła nas do stanu używalności. Balkon hotelowego pokoju wychodził na boczną uliczkę ocienioną rozłożystymi platanami. Przyjemnie grzało poranne słoneczko, z dołu dochodził gwar sklepikarzy i gazeciarzy. Nie mieliśmy czasu do stracenia, na Buenos mieliśmy przeznaczony tylko jeden dzień. Wskoczyliśmy w krótkie spodenki i wyszliśmy na miasto. Do Plaza del Congreso mieliśmy rzut beretem. Wrażenie robi wielki gmach Kongresu z zieloną kopułą, przypomina z oddali Kapitol. Przed Kongresem znajduje się duży plac z trawnikami i wysypanymi czerwoną ziemią chodnikami a pośrodku jakiś pomnik. Z kim, nie mam pojęcia, trudno się połapać w tych południowo amerykańskich rewolucjonistach, w których oni się tak lubują.

Daliśmy radę przejść do końca placu i klapnęliśmy w knajpce na skrzyżowaniu ulic. Była najwyższa pora na śniadanie, czyli sandwiche z szynką i piwo 🙂 Obserwując życie na ulicach, przechodniów, wyglądało na to, że Buenos Aires to bardzo fajne i przyjazne miasto. Przed południem zwiedziliśmy jeszcze Plaza de Mayo, najstarszy plac w Buenos Aires, założony ponoć w 1580 roku. Tu bije serce miasta. Pośrodku placyku, bo nie ma on jakichś kolosalnych wymiarów, stoi bielona Piramide de Mayo, wysoki cokół z postacią symbolizującą Wolność. Otoczenie placyku jest bardzo przyjemne, rosną tu palmy, są fontanny, ludzie siedzą na trawie i dokarmiają gołębie. Z jednej strony placu stoi katedra, po bokach są stare budynki rządowe, mieszczące obecnie muzea a drugi koniec placu zajmuje imponująca budowla Casa Rosada. Budynek wysoki na dwa piętra ma kolor pomarańczowy i zasłynął wystąpieniem Evity Peron z jednego z jej balkonów. Przez następne kilka godzin włóczyliśmy się po ulicach Buenos aż zawędrowaliśmy w okolice Plaza General San Martin, to z racji zamiłowania do imienia Marcin 🙂 Parków zresztą w okolicy jest cała mnogość, zaraz obok na Plaza Fuerza Aera Argentina stoi pośrodku parku np. wieża, która wygląda jak replika londyńskiego Big Ben, po ichniemu nazywa się to Torre Monumental. Dotarliśmy tym samym do dzielnicy przyportowej, zaczęły się jakieś bazary i klimaty zgoła odmienne od centrum miasta. Na bazarku kupiliśmy sobie najbardziej charakterystyczną pamiątkę z Argentyny, czyli naczynie do picia herbaty Yerba Mate. Nazywa się to Calebasse i w zależności od modelu jest wykonane albo z tykwy albo z innych materiałów, począwszy od aluminium po plastik. Wsypuje się do naczynka herbatę i zalewa wrzątkiem a popija przez metalową rurkę zakończoną sitkiem, tzw. Bombille.

Będąc na lokalnym bazarku grzechem byłoby nie zasiąść w knajpie naprzeciwko straganu i nie zjeść miejscowych pierożków z żółtym topionym serem w środku i nie popić zimnym Budweiserem z butelki 0.7 l. Popijając piwko wpadliśmy na pomysł, żeby wykorzystać pobyt w Buenos i skoczyć do Montevideo w sąsiadującym Urugwaju. Problem jak to zrobić. Pomysłów mieliśmy dużo, począwszy od pójścia do kafejki internetowej i zarezerwowania sobie przelotu, ale nie do końca wierzyliśmy portalowi i tknięci przeczuciem sprawdziliśmy na stronie przewoźnika że w zasadzie takiego przelotu nie było. Potem poszliśmy do portu zorientować się czy nie popłynąć promem i był to w sumie najlepszy pomysł, gdybyśmy mieli w zanadrzu jeden wolny dzień. Ten który straciliśmy w Paryżu 🙁 Tak więc summa summarum, nic nie wyszło z zamiaru odwiedzenia Urugwaju. Późnym popołudniem wróciliśmy do hotelu, znowu przemierzając piechotą pół miasta i zahaczając o Plaza de la Republic, stojący pośrodku którego wysoki obelisk jest doskonale widoczny z bardzo daleka. W hotelu szybki prysznic, świeże ciuchy i ruszyliśmy w tango… znaczy się na kolacje.

Zapadł zmierzch, ale było nadal gorąco, więc ubrani byliśmy tylko w t-shirty. Skorzystaliśmy z metra i podjechaliśmy do dzielnicy, w której był bogaty wybór restauracji. Byliśmy niezmiernie zdziwieni jak tanie może być jedzenie w Argentynie. Chyba po raz pierwszy w życiu nie miałem dylematu czy stać mnie na wejście do dobrej knajpy za granicą. Poszliśmy do dobrej, całkiem eleganckiej, dużej restauracji, z całym szpalerem kelnerów i zamówiliśmy sobie przegląd mięs z argentyńskiego grilla i do tego butelkę wina. Wybór naprawdę nie był trudny bo w karcie win najdroższa butelka kosztowała około 18 PLN !! My wzięliśmy takie ze „średniej” półki za 14 PLN 🙂 Na główne danie kelner postawił przed nami dymiący ruszt zawalony różnego rodzaju mięsiwem. Do tego półmiski z sałatą i białe pieczywo. Wyżerka na maxa za śmiesznie tanie pieniądze. Największą niespodzianką na talerzu były takie cienkie, długie kiełbaski, chrupkie z zewnątrz i bardzo miękkie, o konsystencji pasztetu, w środku. Kilka dni później dowiedzieliśmy się od przewodnika, że to „coś” to były baranie kiszki z rusztu….obrzydlistwo 🙂

Tymczasem noc zapadła, a żeby dopełnić jednodniowe zwiedzanie Buenos Aires wskoczyliśmy w taksówkę i pojechaliśmy do dzielnicy Boca żeby zobaczyć słynne szkoły tanga na ulicach i kolorowe domy. Powiem szczerze, że po tak intensywnym dniu, w dodatku nieprzespanej poprzedniej nocy i kilkunastogodzinnym locie przez Miami głowy nam się kiwały na boki a oczy mieliśmy na zapałki. Po godzinie zaordynowaliśmy powrót do hotelu i poszliśmy spać. Rano konsternacja bo Martinez zamknął w pokojowym sejfie paszporty i kasę, my już spakowani i chcemy się wymeldować a sejf się nie otwiera. Babeczka z recepcji mówi, że może ktoś przyjdzie po 10-tej i otworzy a tymczasem my mieliśmy samolot do Santiago de Chile o 8-mej. Byłem gotów iść kupić łom i młotek i rozbić sejf własnoręcznie ale jakimś cudem zamek się odblokował po kwadransie prób i zdążyliśmy na samolot. Lot odbywa się nad wysokimi Andami i widoki są fantastyczne. Języki lodowców, ośnieżone szczyty, a potem już po stronie chilijskiej jak samolot zniża się do lądowania widać pięknie zadbane zielone pola i łąki. Ordnung jak w Bawarii, w końcu nie jest tajemnicą, że po wojnie hitlerowcy upodobali sobie właśnie ten kraj na miejsce pobytu. 

Tierra del Fuego

Santiago zabawiliśmy tylko kilka godzin na lotnisku, bo zaraz po przylocie z Buenos odprawiliśmy się na dalszy lot liniami Lan Chile do Ushuaia, najdalej wysuniętego na południe miasta na kontynencie. Tam miała rozpocząć się nasza przygoda w PatagoniiUshuaia jest co prawda argentyńskim miastem, ale ze względu na lepsze połączenie lotnicze postanowiliśmy dolecieć tam z Chile. Zresztą przez następne kilka dni zatarły się dla nas granice tych dwóch państw i przekraczaliśmy granicę swobodnie nie zawsze orientując się czy jesteśmy danego dnia jeszcze w Argentynie czy już w Chile. Najlepszym wyznacznikiem miejsca gdzie się aktualnie przebywało było zamówienie steka wołowego i wina. Jeśli stek był wyborny a wino takie sobie to byliśmy w Argentynie, jeśli na odwrót to w Chile 🙂 A do Ushuaia, do której właśnie dolecieliśmy lawirując niebezpiecznie blisko szczytów ośnieżonych gór, warto zdecydowanie wybrać się na doskonałą wołowinę z rusztu.

Miasteczko położone jest w zagłębieniu między górami, w dole jest szeroka zatoka a domostwa przyklejone są u podnóży gór. Lotnisko znajduje się na wyspie pośrodku zatoki, tak więc po wyjściu z budynku lotniska, można się wspiąć na wał wokół parkingu i widać ładną panoramę miasteczka. Ushuaia jako osada, powstało na początku IX w. kiedy założono tu więzienie dla skazanych, odsiadujących ciężkie wyroki. Budynek więzienia i kolejka zbudowana przez skazanych to do dziś dzień jedne z głównych atrakcji dla tych co lubią zwiedzać. Dla tych co lubią rozrywkę na świeżym powietrzu jest pięknie położone pole golfowe szczycące się tytułem najbardziej na świecie wysuniętego na południe. Na lotnisku znaleźliśmy garść ulotek z hotelami i schroniskami, a było z czego wybierać, bo miasteczko liczy ponad 60 tys. mieszkańców i jest nastawione na turystykę. Zatrzymaliśmy się w hotelu Monaco, który może nie był najtańszy ale oferował bardzo porządny komfort i centralne położenie przy głównej ulicy Av. San Martin 1355. Miasteczko Ushuaia przypomina europejskie górskie kurorty narciarskie, pełno hotelików, sklepików i restauracji. Eleganccy turyści, dobre samochody, autokary wycieczkowe a w witrynach sklepów i biur podróży ogłoszenia, że już za jedyne 3400 USD można się wybrać na 11 dniową wycieczkę na Antarktydę. Zaiste kusząca propozycja, która wywołała u nas dyskusje czy by się kiedyś nie skusić.

Tymczasem rozpakowaliśmy się, wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do podnóża lodowca Glaciar Martial, oddalonego o 7 km. od centrum miasta. Tam kupiliśmy wjazd kolejką linową na szczyt (bilet około 15 USD) i dalej już piechotką poszliśmy w górę do lodowca. Widok z góry na miasteczko jest majestatyczny. Wygląda jak maleńka osada wciśnięta między zbocza gór, przytłoczona przez siły natury. Było dość chłodno, około 10 stopni na plusie, raczej pochmurno i powiem szczerze dość ponuro. Wędrując po szlaku spotkaliśmy ekipę telewizyjną z National Geographic, która kręciła reportaż z tego miejsca. Trzeba więc uważnie oglądać relacje z Końca Świata na kanale NG bo niewykluczone, że się gdzieś pojawimy w tle 🙂

Na wieczór zeszliśmy do miasteczka w poszukiwaniu jedzenia. W Ushuaia panuje wieczorami typowo kurortowa atmosfera, kolorowo, rozświetlone sklepy i knajpy, tłumy turystów, miasteczko się bawi. Długo szukaliśmy odpowiedniej knajpy, aż trafiliśmy przypadkowo na lokal La Estancia, a jakże na ulicy San Martin. Jak w każdym tego typu lokalu, czyli Parrilli, w pomieszczeniu płonie otwarte ognisko, na którym szef od grilla opieka różnego rodzaju mięsiwo. A na wystawie stoją rozpłaszczone, ukrzyżowane, rozciągnięte tusze baranie i cielęce. Może skusił nas widok głównego majstra od tych wędzonek, wąsatego Argentyńczyka z krotochwilnym błyskiem w oku? W każdym bądź razie przez kolejne dwa dni stołowaliśmy się tylko w tym lokalu. Można tu wziąć opcję „all you can eat” z bufetu albo zdecydować na konkretny kawał wołowinki. My wiedzieliśmy od razu czego szukamy. Pięknego, soczystego, niezbyt lekko wysmażonego steka. Kucharz wybrał dwa grube kawałki i rzucił na ruszt, przejechał pędzlem z jakąś mieszkanką i przykrył z góry zwykłym talerzem. I tak się piekło może z 15, 20 minut. W międzyczasie dostaliśmy białe pieczywo z masłem czosnkowym, zamówiliśmy butelkę wina. Nasze steki, mój średnio wysmażony, Martineza mocno, zajmowały całe talerze. Na oko tak około ¾ kilograma, grube na 3 palce. Dostaliśmy do tego miskę z sosem chimichurri, czyli pokrojone drobno pomidory, czosnek, szczypiorek, oregano, cytryna, oliwa i przyprawy. Ten posiłek to był najlepszy stek jaki w życiu jadłem. A nie było prosto go zmęczyć, delektowaliśmy się każdym kęsem, jedliśmy i jedliśmy. Zamówiliśmy druga butelkę wina a na koniec kelner polewał nam jeszcze wino na koszt lokalu z beczułki drewnianej którą trzymał na ladzie. Jeśli ktoś naprawdę zastanawia się, dlaczego warto pojechać na koniec świata, to podpowiadam, warto przyjechać tu, choćby po to żeby spróbować wyśmienitej wołowiny z rusztu.

Nie dla wszystkich turystów jedzenie wołowiny argentyńskiej w Ushuaia jest oczywistą oczywistością. Biorąc mapkę miasteczka w informacji turystycznej zaobserwowaliśmy śmieszną scenkę. Podeszła para korpulentnych Amerykanów i spytała się „Do you have chinese restaurants here ?” co samo w sobie było profanacją, ale i tak odpowiedź położyła nas na łopatki, bo Argentynce mina nie zrzedła tylko bez mrugnięcia okiem odpowiedziała „Yes, two of them…”. Tego samego dnia, jeszcze przed pójściem jeść wstąpiliśmy do jednego z licznych biur podróży i kupiliśmy sobie wycieczkę na kolejny dzień, przejażdżkę zabytkowym pociągiem i zwiedzanie parku Tierra del Fuego.

Poranek następnego dnia rozpoczął się od tego, że biuro podróży zrobiło nas w wała a skończyło tym, że odpłaciliśmy im pięknym za nadobne. Zgodnie z umową wcześnie rano około 6:30 po szybkim śniadaniu w hotelowej restauracji czekaliśmy przed hotelem na zamówionego busa. Kręciliśmy się bez sensu po chodniku patrząc z nadzieją na każdy kolejny turystyczny bus. Nikt po nas nie przyjeżdżał, a wiedzieliśmy że nasz pociąg, na który mieliśmy voucher odjeżdża o 8-mej. Pokręciliśmy się z pół godziny i nie widząc innego wyjścia wzięliśmy taksówkę i na własną rękę pojechaliśmy do Parku na stację kolejową. Budynek drewniany z epoki przypomina budowlę z westernów. Pociąg z lokomotywą na parę tylko uzupełnia ten wizerunek. Póki co nastrojowo i fajnie, zrobiliśmy sobie zdjęcie na pamiątkę pod znakiem Estacion del Fin del Mundo. Przepchaliśmy się przez tłum turystów, wymieniliśmy vouchery na bilety i uzbrojeni w aparaty fotograficzne zajęliśmy miejsca w wagonie. Śladu po kimś z naszego biura podróży nie było. Pociąg gwizdnął, puścił parę, zatrząsł się i ruszył… z prędkością żółwia. Przez następne dwie godziny toczyliśmy się i toczyliśmy ospale. Widoki też były z gatunku usypiających, monotonne i bez fajerwerków. Ot dzika, surowa przyroda, ni to tundra ni step. Jak dla mnie, przejażdżka pociągiem o chwytliwej nazwie Tren del Fin del Mundo to strata czasu i tylko jedna z marketingowych pułapek dla turystów. Kiedy w końcu skład dowlókł się do stacji końcowej, a było to szczere pole, tłumek wypełzł z pociągu i rozbiegł się po czekających nań autokarach. Naszego autokaru ani widu ani słychu. Co robić. Po kolei obeszliśmy kilka autobusów ale wszędzie odesłali nas z kwitkiem. Dopiero przy ostatnim z anglojęzycznym przewodnikiem jakaś miła babeczka obejrzała podejrzliwie nasze vouchery i nie chcąc nas zostawiać w szczerym polu, bo wszystko się już wyludniło, pozwoliła nam wsiąść. Od tej pory podróżowaliśmy z innym biurem podróży trochę na gębę. Przewodniczka powiedziała, że na podstawie naszych voucherów rozliczy się z biurem, w którym wykupiliśmy feralną wycieczkę. Voucherów jednak nam nie zabrała.

Autokarem jeździliśmy po parku podziwiając przykład lasów andyjsko-patagońskich, zwłaszcza wilgotnego typu lenga. Zatrzymaliśmy się przy urokliwym jeziorze Roca a potem zrobiliśmy krótki treking szlakiem nr. 3 do punktu widokowego, z którego rozpościera się piękny widok na zatokę Lapataia. To najdalej wysunięty skrawek ziemi w Parku Narodowym Ziemi Ognistej dostępny dla turystów. W oddali majaczą osłonięte mgłą wystające z wody skały a hen, hen daleko za nimi jest gdzieś Antarktyda. Tablica informacyjna przy wejściu informuje, że do Buenos Aires jest stąd 3063 km. a do Alaski 17848 km. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że 3 lata później polecimy z Martinezem na drugi kraniec Ziemi, właśnie na Alaskę. Wycieczka skończyła się pod wieczór i zostaliśmy odwiezieni do miasteczka. Pierwsze swoje kroki skierowaliśmy do biura podróży. Poprosiliśmy kierownika, powiedzieliśmy, że zostaliśmy przez nich oszukani, nie przyjechał po nas transport, nie było autokaru i domagamy się zwrotu kasy za niewykorzystane vouchery. Pół godziny później poszliśmy na nabrzeże i wykupiliśmy sobie za odzyskane pieniądze wycieczkę na następny dzień statkiem po kanale Beagle`a. Koszt wycieczki około 100 USD. A na wieczór oczywiście poszliśmy do „naszej” parrilli na steka. Była duża kolejka u wejścia żeby zasiąść, ale zyskaliśmy dzięki temu towarzyszkę do stolika, bo naraz okazało się, że obok nas czeka dziewczyna w naszym wieku, która jest …Polką. Mieszka i pracuje na kontrakcie w farmaceutycznej firmie w Buenos a wpadła na kilka dni do Ushuaia w ramach zwiedzania kontynentu. Nasi są wszędzie.

Kolejny ranek rozpoczęliśmy w sklepie naprzeciwko hotelu, gdzie zajrzeliśmy z ciekawości a po chwili Martinez sączył już Yerba Mate z kubka sprzedawcy. Każdy Argentyńczyk chodzi z własnym pojemnikiem na herbatę i sączy ją w ciągu dnia dolewając sobie co jakiś czas wrzątku z termosa. Potem zwiedziliśmy Museo Maritimo de Ushuaia(koszt 30 USD) i stare więzienie, od którego zaczął się rozwój miasta. W południe zaokrętowaliśmy się na statku wycieczkowym. Ushuaia to baza wypadowa dla większości rejsów po Antarktydzie. W porcie stały zacumowane lodołamacze, statki pod banderą rosyjską, które specjalizują się w takich trasach i dużo wojskowych fregat. W Ushuaia znajduje się sztab wojskowy marynarki wojennej Argentyny i nie należy zapominać, że niedaleko leżą sporne wyspy Malwiny – Falklandy. Kilkugodzinny rejs statkiem jest bardzo malowniczy. Najpierw można podziwiać piękną panoramę miasteczka, ulokowanego u stóp ośnieżonych gór. Potem stateczek przepływa kolejno obok Isla de Los Lobos, czyli wyspy lwów morskich. Łatwo się domyślić jakie ssaki wylegują się leniwie na skałach. Były ich setki, jedne leżąc na drugich z braku miejsca. Kolejna fajna wyspa, obok której się płynie to Isla de Los Pajaros, czyli wyspa ptaków. Tutaj dominowały kormorany, czarne z białymi brzuszkami i mewy, też tysiące, jak wzbijały się w powietrze to niebo robiło się czarne. Dalej minęliśmy Faro Les Eclareirs , samotną latarnię morską. Wygląda przepięknie zupełnie jak z książek Verne’a, pośrodku zatoki maleńka wysepka i na niej biało czerwona latarnia. Wokół zatoki przykryte niskimi chmurami białe szczyty gór.

Potem długo płynęliśmy kanałem Beagle’a mijając między innymi mała osadę chilijską Puerto Williams, w zasadzie bazę wojskową, aż w najdalszym punkcie naszej trasy dobiliśmy do brzegu wyspy potocznie zwanej Pinguinera u ujścia kanału Beagle’a gdzie żyła sobie kolonia pingwinów. Było to największe skupisko pingwinów jakie widzieliśmy podczas tegorocznego wyjazdu, mogło ich być tam kilka setek. Dominowały pingwiny magellańskie, czyli osobniki około 60-80 cm. wysokości z brązowymi łapami i dziobami ale było też kilka sztuk, niezwykle atrakcyjnych pingwinów z pomarańczowymi dziobami i pyskami, to tzw. pingwin białobrewy. Wszystkie pingwiny miały niesamowicie czyściutkie białe brzuszki, jakby wyszły prosto z prania w jednym z szeroko reklamowanych proszków. Powrót do Ushuaia minął nam przy akompaniamencie jakiejś wysoko-alkoholowej nalewki, ale nie jestem w stanie sobie przypomnieć czego konkretnie. Wieczór oczywiście z krwistym stekiem i butelką wina. W podbiegunowym klimacie jaki panuje na Ziemi Ognistej nie ma nic lepszego, sałatki i kotlety sojowe nie wchodzą w grę.

Torres del Paine

Kolejnego ranka pożegnaliśmy się z niezwykle urokliwym miasteczkiem Ushuaia i polecieliśmy do Punta Arenas, najdalej na południe wysuniętego miasta w Patagonii chilijskiej. Jest to naprawdę już spore miasto, liczy ponad 150 tysięcy mieszkańców. W odróżnieniu od Ushuaia, które żyje tylko z turystyki, tutaj rozwija się normalne życie, jest przemysł, osiedla mieszkaniowe, fabryki, stadiony a nawet uniwersytet. Co za tym idzie, nie jest to zbyt piękne miasto. Przede wszystkim położone jest na płaskowyżu, bez żadnych wzniesień. Roślinność jest karłowata, są wielkie odkryte przestrzenie i jakoś tak pusto. Miasto zbudowane jest na mapie kwadratu, uliczki rozchodzą się prostopadle od placu Plaza Munoz Gamero. Pośrodku placu stoi pomnik Ferdinanda Magellana, wielkiego podróżnika, którego imieniem nazwana jest cieśnina oddzielająca wyspę Tierra del Fuego od stałego lądu, na wybrzeżu którego jest własnie Punta Arenas. Dojechaliśmy busem z lotniska do centrum i w punkcie informacyjnym wyglądającym jak nasz domek góralski z jakiegoś polskiego sanatorium, wzięliśmy namiary na noclegi. Południowe prowincje Chile są mocno dotowane przez rząd, pensje są kilkakrotnie wyższe niż w innych częściach kraju, bardzo zależy rządzącym aby rozwinąć i wykorzystać gospodarczo te odległe, nieprzyjazne tereny. Co za tym idzie również ceny są tu wysokie. Ostatecznie znaleźliśmy nocleg na prywatnej stancji w Hostal Del Centro przy Arnando Sanhueza 555.

Był to w rzeczywistości parterowy, zielony domek, kilka przecznic od centrum, z 3 pokojami do wynajęcia. Co rzucało się w oczy to grube, ciężkie zasłony w oknach. Ich przydatność doceniliśmy kiedy wracaliśmy po północy spać a tymczasem na zewnątrz było cały czas jasno jak w dzień, ot uroki nocy polarnych. Mieliśmy bardzo sympatyczną właścicielkę hostelu, z którą następnego ranka po śniadaniu, wypiliśmy butelkę białego Casillero del Diablo. W samym mieście Punta Arenas nie ma nic do zrobienia, nie ma tu co zwiedzać oprócz kilku „zabytkowych kamienic” i małej katedry ulokowanych wokół głównego placu. Ja zapamiętam to miasto z nocy polarnych i wszechobecnej młodzieży. Wszędzie dzieciaki w szkolnych mundurkach, dziewczyny w spódniczkach mini i granatowych sweterkach, choć my chodziliśmy w kurtkach z polarem. Wieczorem jak poszliśmy do jednego z licznych barów, na piwo, trudno było się wbić w tłum, aura sprzyjała temu, żeby się bawić całą noc bo ciągle było jasno. Do Punta Arenas zawitaliśmy w zasadzie dlatego, że to miał być nasz punkt spotkania z wycieczką z pewnego polskiego biura podróży. Wymyśliliśmy sobie, że dołączymy się do zorganizowanej grupy na 3 dni na zwiedzanie Parku Torres del Paine, dzięki czemu mielibyśmy profesjonalnego przewodnika i zapewniony transport, noclegi, etc.

Busik podjechał po południu i nie mieliśmy dobrego wejścia, bo przewodnik ostrzegł nas, że grupa jest naburmuszona i się burzy. Chociażby ze względu na wielkość busa, który faktycznie był mały, ciasny, tak, że jechałem kilka godzin z kolanami przy brodzie. Grupa była niewielka, liczyła może 14 osób, ze średnią wieku około 6 0lat. Najmłodsza uczestniczka mogła być niewiele starsza od nas, ale zachowaniem niestety pasowała do reszty. Towarzystwo turystów z Polski po raz kolejny utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie zamierzam nigdy wybierać się na zorganizowaną turystykę z biurem podróży. Za to przewodnik był świetny. Miał na imię Maciek, był typem samotnego wędrowca, który lubi przygody. Z tego co opowiadał, od kilkunastu lat już mieszkał w Ameryce Południowej, był między innymi rybakiem na trawlerach na Pacyfiku u wybrzeży Chile jak i gaucho wypasającym bydło na argentyńskiej pampie. Nie był typowym przewodnikiem grup, który gada o pierdołach byleby zadowolić słuchających, co też nie podobało się grupie. Ja go słuchałem z prawdziwą przyjemnością.

W drodze z Punta Arenas do Puerto Natales zatrzymaliśmy się żeby podziwiać wielką kolonię pingwinów magellańskichSena de Otway. Tak przynajmniej napisane było w planie wycieczki grupy. Faktycznie na wrzosowiskach, na wielkiej płaszczyźnie, pobudowano kilkusetmetrowe drewniane pomosty wiodące ku morzu, co sugerowałoby że kolonia liczy setki sztuk tych ptaków. Na tablicach informacyjnych było dokładnie opisane ile ważą, co jedzą, jakie osiągają rozmiary i podana wielkość populacji w 2002 r. – ponad 10 tysięcy sztuk. Szkopuł w tym, że kiedy my tam byliśmy, było ich może kilkadziesiąt. Jednym słowem kolonia wyglądała na mocno przerzedzoną i wymarłą. Czy to środowisko tak wpływa na pingwiny, zmiany klimatyczne, turyści, nie wiem, ale było to dość przygnębiające. Dla turystów z naszej grupy wręcz rozczarowujące, my na szczęście widzieliśmy dużo pingwinów w Ushuaia, ale dla nich to miała być główna atrakcja związana z tymi ptakami.

Na wieczór dotarliśmy do hoteliku w Puerto Natales, szybka kolacja i spać. Oczywiście na kolacji nie obyło się bez zgrzytów, był przygotowany jakiś zestaw dań i jak to w polskiej grupie powstały sporne zdania, jedni chcieli rybę inni kurczaka, mało się nie pozagryzali nawzajem. Do stołu nikt oprócz nas nie zamówił  wina, wychodzili z założenia że jedzą i piją tylko to, co im się należy zgodnie ze świadczeniami, za które zapłacili wykupując wycieczkę. Trochę dziwne takie skąpstwo biorąc pod uwagę że za wycieczkę płacili ponad 15 tysięcy złotych, więc do ludzi ubogich nie należeli. Ale widać nadal wśród starszego pokolenia dominuje taki wzorzec turysty, że na wycieczkę, nawet drogą zagraniczną, jedzie się z własnym prowiantem, puszką z mielonką, kabanosami i żółtym serem żeby zaoszczędzić. A gdzie poznawanie smaków podróży ? 🙂 W każdym bądź razie nasze chilijskie Casillero del Diablo było znakomite.

Kolejne dzień od brzasku to było intensywne zwiedzanie, uznawanego za najpiękniejszy w Chile, Parku narodowego Torres del Paine. Park to przede wszystkim olbrzymie przestrzenie dzikich odstępów. Wszystko w cieniu masywnych gór zakończonych charakterystycznymi trzema szczytami, Torre Central, Torre Norte Monzino i Torre Sur DAgostini. Przemierzyliśmy setki kilometrów w parku mając cały czas przed oczami śnieżne kopuły wież skalnych, czyli Torres. Nazwa parku bierze się od rzeki Paine wypływającej z lodowców. Podziwialiśmy formacje skalne, kaskadę rzeki Salto Grande Rio Paine i liczne jeziora. Kolor jezior jest przepiękny, lazurowy. Ma się ochotę wskoczyć z miejsca do wody, tymczasem temperatura powietrza oscylowała wokół 10 stopni i wiał przenikliwy wiatr. Największe jeziora w obrębie rezerwatu, które zwiedziliśmy to Lago GreyLago PehoeLago Nordenskjold. Wjechaliśmy na szczyt do punktu widokowego Mirador Las Torres, skąd rozprzestrzenia się wspaniały widok na koronę szczytów i wiało tam tak, że musieliśmy się trzymać nawzajem żeby nas wiatr nie porwał. Można było się pochylić w stronę wiejącego wiatru a on swoją siłą unosił człowieka żeby nie upaść. 

Potem byliśmy jeszcze nad Laguna Azul i podziwialiśmy kondory szybujące nad nami. W parku można łatwo napotkać guanaki, które pasą się stadami nad jeziorami. Jest to ssak, gatunek lamy, występuje obecnie tylko w Andach i górzystych partiach Patagonii. Na koniec dnia pojechaliśmy pod lodowiec Grey i to było przeżycie. Najpierw schodzi się ścieżką w dół do zatoki wysypanej czarnym piaskiem a potem można ją sobie przejść wzdłuż brzegu. Kilkaset metrów od brzegu, po drugiej stronie wody, spływa jęzor lodowca Grey. Wieje niesamowicie silny wiatr przewracający człowieka i do tego jest mokry z okruchami lodu i śniegu. Po wodzie pływają kawałki lodu odłamane od ścian lodowca. Człowiek czuje się jak w środku wielkiej burzy śnieżnej. Rewelacyjny widok i niesamowite odczucia. Torres del Paine to piękne miejsce dla ludzi lubiących treking i przebywanie z naturą. Jest tu dużo szlaków i bardzo dużo miejsc, gdzie można się zatrzymać na noc. Widzieliśmy kilka fajnych kempingów, w jednym z nich przy jeziorze Pehoe zatrzymaliśmy się coś zjeść. Gdybym miał kiedykolwiek znowu tu zawitać, z chęcią zatrzymałbym się na kilka dni w takim miejscu – jeziorko a nad nim ośnieżone góry, cud natury. 

Los Glaciares

Następnego dnia znowu pobudka o brzasku, autobus i przekroczyliśmy granice z Argentyną. Tym razem celem było miasteczko El Calafate a w zasadzie to, co znajduje się w pobliżu, czyli Park Narodowy Los Glaciares. Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów wzdłuż Lago Argentina i wjechaniu na wzniesienie, wysiedliśmy z autokaru i wytyczonymi szlakami przeszliśmy na punkt widokowy, z którego rozpościera się widok na największą atrakcję argentyńskiej Patagonii, lodowiec Perito Moreno. To największy lodowiec w Ameryce Południowej, jego czoło ma szerokość około 5 km., wystaje z wód jeziora Argentyna na około 70 metrów i ciągnie się na odległość około 30 km. Dość powiedzieć, że jest potwornie wielki, masywny, imponujący. Co pewien czas rozlega się donośny huk połączony z echem kiedy jakiś „mały” kawałek lodu oderwie się od czoła i wpada do wody. Trzeba przyznać, że lodowiec jest świetnie widoczny z licznych drewnianych pomostów, które pobudowano dla turystów po drugiej stronie jeziora. Wygląda to tak, jakby wychodziło się na galerię widokową a lodowiec z drugiej strony prezentował się jak artysta na scenie, na wyciągnięcie reki. Mając w tle olbrzymią górę lodu a wokół setki obcojęzycznych turystów spożyliśmy obiad i popiliśmy argentyńskim rumem, bo było przenikliwie zimno.

Na wieczór znowu przekroczyliśmy granice z Chile i powrót do Puerto Natales, jakaś kolacyjka i obowiązkowo butelka wina dla podtrzymania konwersacji. Kolejnego dnia czekał nas całodniowy rejs statkiem do największego chilijskiego Parku Narodowego Bernardo O’Higgins. Z Puerto Natales wypływa się na północny zachód. Park najlepiej jest zwiedzać od strony wody, ponieważ nie ma do niego dostępu droga lądową. Płynąc można podziwiać siedliska mew, lwów morskich, nierzadko nad głowami można dostrzec kondora. Po bokach znajdują się liczne wąskie cieśniny, zatoczki, ze zboczy spływają wodospady, w górnych partiach widać pokłady śniegu. Pogodę mieliśmy jak na zamówienie, mimo, że było chłodno, to niebo było błękitne, bezchmurne i świeciło słońce. Punktem finałowym naszego rejsu było Puerto Toro, skąd kilkunasto minutowy spacer wiódł do stóp lodowca Balmaceda. Wąski język lodowca spływa z wysokiej góry wprost do wody. Na miejscu można wykupić miejsce na pontonie i podpłynąć pod samą przednią ścianę. Jest też fajniejsza opcja, można wynająć sobie kajak i samemu popływać po okolicznych zatokach w parku. Miejsce jest bardzo spokojne, zaciszne, przy ładnej pogodzie, a taką mieliśmy, widać w oddali szczyty Torres del Paine, gdzie byliśmy 2 dni temu.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na obiad w jednej z tzw. estancii. Są to gospodarstwa rolne, teraz bardzo często przyjmujące turystów. Są tylko dostępne od strony wody, cała komunikacja odbywa się łodziami. Miejsce piękne, zadbane, soczyście zielone, wygląda jak żywcem przeniesione gospodarstwo z Bawarii w jakże inne otoczenie. Napotkany pies pasterski zaprezentował nam, sam z siebie, jak zagania stado owiec i czynił to z wielkim entuzjazmem oczekując w zamian tylko podrapania za uchem. Obiad odbywał się w budynku przypominającym wielką stodołę. Oczywiście serwowane były wszelkiej maści mięsa z rusztu i tu w rozmowie z Maćkiem dowiedzieliśmy się, że to coś chrupkiego z zewnątrz i miękkiego w środku z Buenos to były kiszki baranie. Szkoda, że się o tym dowiedzieliśmy, bo jakoś niedobrze nam się zrobiło na wspomnienie. W ramach obiadu należało się każdemu do picia albo napój albo wino. O dziwo, nasza grupa, która dotychczas nigdy wina do obiadu sobie z oszczędności nie kupowała, teraz jak jeden mąż zamówiła wino. Czyli lubią się napić, bo już się baliśmy że z naszymi rodakami coś jest nie tak.

Po powrocie do Puerto Natales szybko się zapakowaliśmy, z ulgą pożegnaliśmy się z grupą i poszliśmy na dworzec autobusowy, gdzie kupiliśmy bilety z powrotem do Punta Arenas. Przyjechaliśmy o zmroku na lotnisko, coś zjedliśmy w knajpie w budynku i rozłożyliśmy na fotelikach żeby przeczekać noc. Samolot mieliśmy z samego rana i noc przyszło nam spędzić w poczekalni. Nie było wygodnie, ale wrażenia mam raczej pozytywne w przeciwieństwie do tych sprzed kilku dni kiedy nocowaliśmy przymusowo w Paryżu. Tam co chwilę w nocy włączał się alarm sugerując, że odbywają się ćwiczenia przeciwpożarowe. Miało to chyba na celu odstraszenie ludzi od spania w budynku lotniska. W Punta Arenas, w małym kameralnym budynku lotniska, pośrodku niczego, sączyła się w nocy z głośników delikatna i spokojna muzyka klasyczna. 

Santiago de Chile

Trochę niewyspani wylądowaliśmy rano w Santiago de Chile. Szybko zrobiliśmy mały wywiad na temat wieczornego rejsu do Nowego Jorku u dziewczyny z obsługi Lan Chile. Na pytanie o której jest rejs odpowiedziała że i tak nie ma miejsc. Trochę nas to zmroziło, ale zostawiliśmy bagaże w przechowalni i udaliśmy się na miasto. Na pierwszy rzut oka Santiago niczym nie różni się od Buenos. Taki sam styl jak pewnie większość dużych południowoamerykańskich miast. Kilka wielkich monumentalnych budowli rządowych, ładne dzielnice ze starymi kamienicami poprzetykane biurowcami, stare budowle, np. budynek opery czy katedra sąsiaduje z nowoczesnymi szklanymi wieżowcami a na peryferiach bida z nędzą. Zwiedzanie zaczęliśmy od Palacio de La Moneda, siedziby prezydenta oraz kilku ministerstw. Wokół budynku kordony wojska i policji. Mundury oficerów wojska w bardzo nieprzyjemny sposób kojarzyły mi się z filmami o nazistach. Co prawda kolor zielony, ale wysokie czarne buty, rękawiczki i charakterystyczne czapki były złudnie podobne. Może to część wpływu ekspansji nazistów po wojnie, trudno powiedzieć. Bardziej pozytywnych emocji dostarczały posadzone na wewnętrznym dziedzińcu pałacu drzewa pomarańczowe.

Potem poszliśmy piechotką na Plaza de Armas, czyli główny plac miejski w Santiago. Tradycyjnie przy placu mieści się katedra oraz szereg innych zabytkowych gmachów. Sympatyczne miejsce żeby usiąść i popatrzeć sobie na lokalną ludność. Obowiązkowym punktem było wjechanie na górę Cerro San Cristobal, która wznosi się na około 300 metrów nad miastem. Co ciekawe kolejka szynowa, która wwozi wagoniki na szczyt, została zaprojektowana przez polskiego inżyniera i jest jedną z nielicznych, tak stromych kolejek. Na wagoniku jest też pamiątkowa tabliczka, że był tu w 1987 papież Jan Paweł II i odprawiał mszę. Polaków zresztą wielu brało udział w rozwoju cywilizacyjnym Chile, kilkakrotnie widzieliśmy w mieście tablice z nazwiskami polskich architektów czy artystów. Na szczycie Cerro San Cristobal oprócz tarasów widokowych mieści się sanktuarium oraz 22 metrowa statua Marii Dziewicy i mały amfiteatr u jej stóp. My wsiedliśmy w kolejkę linową, która rozpostarta jest między wzniesieniami i z powietrza zamknięci w dwuosobowej plastikowej kapsule przypominającej duże jajko, popijając piwo Quilmes Cristal podziwialiśmy widoki. Niestety z powodu smogu widoczność nie była najlepsza. 

U stóp góry znajduje się urocza dzielnica, kolorowych domków, których fronty są pomalowane w najróżniejsze pastelowe barwy. Znajduje się tu dużo restauracji i barów. My na obiad zaszliśmy zupełnie przypadkowo do restauracji peruwiańskiej. Świeże ceviche i zimne piwo tak nas rozochociło, że zaczęliśmy snuć plany o wyjeździe do Peru. To był nasz ostatni posiłek na gościnnej chilijskiej ziemi i może to był jakiś znak, bo 2 lata później znowu wybraliśmy się do Ameryki Południowej, właśnie do Peru.

Wracając po obiedzie zupełnie nieoczekiwanie natknęliśmy się na coś co nie było w naszych planach zwiedzania. Mowa o Cerro Santa Lucia. Zupełnie nieoczekiwanie idąc brzydką, industrialną ulicą zobaczyliśmy widok jak z bajki. W ogrodzie z pięknymi wysokimi drzewami znajduje się budowla przypominającą jakiś pałacyk z baśni 1001 nocy. Orientalne łuki, kopułki, filary, szerokie kręcone schody, połączenie kolorów żółtego i białego. Przed budynkiem wysokie na kilka metrów fontanny. Pasuje to do reszty okolicy jak pięść do nosa, ale jest po prostu kiczowato śliczne. Nie wiem co mieściło się w środku pałacyku, my skorzystaliśmy tylko z toalety 🙂 W tak gorący dzień jak mieliśmy wtedy, zadbany park dawał chłód i ukojenie od gwaru ulic.

Na lotnisku zaczęły się niestety komplikacje. Podchodząc do stanowiska odprawy i pytając się czy są wolne miejsca na rejsie, dostaliśmy odpowiedź, że „more or less”. Niestety okazało się, że jednak less, co tylko potwierdziło informację, którą dostaliśmy o poranku. Zaczęła się nerwówka, co robić, żeby nie utknąć w Santiago na noc. Martinez jak zwykle stanął na wysokości zadania, biegał od okienka do okienka, od linii do linii, w końcu udało się przepisać nasze bilety na rejs American Airlines do Miami i dalej do Nowego Jorku. Cudem jakimś weszliśmy na pokład samolotu i padliśmy spać. Była to już kolejna nasza noc na tym wyjeździe, którą spędzaliśmy lecąc, tym samym zaoszczędzając na noclegach ale okupując to niewygodą i zmęczeniem. A kolejnego dnia na szybko zwiedziliśmy Nowy Jork łącznie z nową „atrakcją” czyli punktem Ground Zero. W chińskiej dzielnicy zaspokoiliśmy głód w chińskim bufecie all you can eat, wieczorem obejrzeliśmy noworoczne dekoracje na Broadwayu i wielką choinkę przy Madison Square Garden a noc ponownie spędziliśmy na pokładzie LOTu do Warszawy. Tak po kilkunastodniowym wyjeździe na Koniec Ziemi wracaliśmy do domu.

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o

0